Polemika z Mariuszem Famulskim

Polemika z Mariuszem Famulskim

Postprzez Mateusz Drabik » 25 cze 2016, o 13:36

1.
DYSKUTANT: Ja, na swoje potrzeby nacjonalizm definiuję jako uszczegółowioną formę patriotyzmu (ten może być wieloraki; lokalny, konsumpcyjny, etc.), objawiającą się chęcią do zachowania kultury i historii narodu, do którego przynależności się człowiek poczuwa; oraz chęci i gotowości do tego, aby go zachować, rozwijać i przekazać przyszłym pokoleniom. Kryterium owej przynależności narodowej pojmuję dwojako: z jednej strony z tytułu urodzenia (względem narodowości rodziców, ale nie z tytułu miejsca urodzenia - obywatelstwo to nie to samo co narodowość), oraz *woli* danego człowieka. Z dwoja ten drugi czynnik waży dla mnie więcej; z osoby, która poczuwa się np. do bycia Polakiem jest większy pożytek niż tylko z takiej, której zdarzyło się powstać z namiętności osób danej narodowości (osoba taka może być wręcz wrogo do swoich korzeni nastawiona). Co ważne: nacjonalizm to nie to samo co szowinizm i utożsamianie tych dwóch pojęć uznaję za tyleż powszechny, co poważny błąd.


JA: Proszę Pana, logiczne działanie nie polega na tym, że sobie a priori uznajemy jakieś „poczucia” za fundament, który wyznacza nasze cele, ale najpierw za pomocą logiki ustalamy, co ma sens, a potem wprowadzamy skutki tego ustalenia w życie! Trudno mi z Panem dyskutować, skoro fundamentem Pańskiej ideologii jest „czucie się”, uznane apriorycznie jako wyznacznik życia. Należy cieszyć się, że Pan się rasistą nie poczuł. To jest dokładanie taka sama „mądra” gadka, jak jakichś łysych baranów, co się wypowiadają, że oni nienawidzą „czarnych”, bo „tak”, bo tak ich wychowano, bo czują, że to lepsze, itd., itp.


2.
DYSKUTANT: Narody różnią się między sobą zasadami, normami i historią. Wszystko to składa się na ich unikatową specyfikę. Cywilizację, jeśli wola, czy też ich odmianę wspólnej - przyjmijmy - cywilizacji europejskiej; lub (wedle innej terminologii: tożsamość narodowa). Można dyskutować, czy akurat nasze zasady i normy są warte tego, by je zachowywać - w moim przekonaniu: jak najbardziej tak.


JA: To nie jest żadne wytłumaczenie. Owe zasady, normy i historia mają swój fundament w bezwartościowych przypadkach, typu walki wodzów plemiennych – inny by wygrał, byłyby inne zasady, normy i historia. Z resztą historia ogólnie nie jest wartością, a zbiorem faktów. Zasady i normy ustala się w sposób logiczny, za pomocą analizy, a nie jakichś przyzwyczajeń.


3.
DYSKUTANT: Zawsze na świecie będzie jakaś pula ludzi, którzy będą chcieli iść "na skróty". Drogą łatwiejszą, zabierając innym to, czego potrzebują. Właśnie wobec takich ludzi dobrze jest mieć grupę, która za nami stanie w takiej chwili, dając odpór bandycie/-tom. A jeżeli jakaś inna grupa chce nam coś odebrać, to dobrze jest mieć swoją (możliwie najliczniejszą i nie gorzej od przeciwnika przygotowaną i zmotywowaną, by dać napaści odpór). W skali makro, na poziomie geopolitycznym, działa to podobnie; jeśli są dwa takie kolosy jak Niemcy i Rosja, to naturalnie pojawiają się pomysły budowania grupy Wyszehradzkiej czy innego Międzymorza.


JA: W docelowej rzeczywistości nie ma żadnych „kolosów”, więc problem nie ma miejsca. Właśnie zlikwidowanie kolosów jest po to, aby ww problemów nie było. To, że tak jest, to jest właśnie jeden z głównych argumentów, aby coś z tym zrobić.


4.
DYSKUTANT: Jak rozumiem, Waszmość postulujesz starcie tych wszystkich etykietek z mapy, jako nie tyleż niepotrzebne, co szkodliwe. Ja jednak będę się upierał, że dobrze, że na globusie taka plama pt. "Polska" jest. Że jest takie miejsce, w którym mogę czuć się bardziej u siebie niż w innych zakątkach świata, za sprawą ludzi tu zamieszkujących. Mówiących tym samym co ja językiem, rozumiejących mój kontekst kulturowy i historyczny, z którymi dzielę większość z tego co uznaję za normę i odchyłek od normy. Nie jest to rzecz oczywista nawet na tle Europy.


JA: Co to ma do rzeczy? Zawsze będzie Pan się czuł bardziej swojsko w jednych miejscach, niż w innych. Chodzi o to, aby w żadnym miejscu prawnie nie stał Pan gorzej od miejscowych, tylko dlatego, że jest Pan skądś indziej. Przy dowolnej formie podziałów i tożsamości każdy będzie się czuł różnorako swojsko w różnych miejscach. Przecież to oczywiste. Jak Pan nie chce się czuć nie swojsko, to siedzi Pan tam, gdzie się czuje. Jak Panu na tym nie zależy, to Pan jeździ, gdzie mu się podoba krajobraz, średnie zarobki czy cokolwiek innego.


5.
DYSKUTANT: Co właściwie Waść chciał tu powiedzieć? Że dystans geograficzny powoduje, że ludzie ci żyją w zbliżonych warunkach i z tego tytułu są do siebie podobni? Podobni może i są, ale na pewno nie są tacy sami (w sensie kulturoznawczym), właśnie ze względu na różnice w tożsamości narodowej rozumianej jak opisano powyżej. Szczególnie aspekt historyczny jest tutaj istotny. Pamiętam, że u mnie na uniwerku przyjechał kiedyś z wykładem psycholog zza granicy (choć, niestety, imienia sobie nie przypomnę...), który powiedział ważną rzecz. Parafrazując: "jesteście szaleni, jeśli myślicie, że jesteście w stanie zrozumieć klienta, w oderwaniu od waszej historii". Ergo: różnice są na tyle duże, że nie wystarczy znać język autochtonów by pracować jako psycholog w innym kraju.


JA: Chciałem powiedzieć rzecz dość oczywistą, że w odróżnieniu do neutralnych warunków, gdzie kultury zmieniają się płynnie, przez monopol kulturotwórczy i tożsamościowy państw, teren jest sztucznie podzielony. W bliskich miejscach, gdzie kultura powinna być podobna, są różni ludzie, a w miejscach dalekich, a co więcej o innej specyfikacji geograficznej, hodowani są przymusowo ludzie o tej samej, sztucznej kulturze. Kraje są za wielkie, aby bez ich scentralizowanej propagandy i sztucznych granic tyle osób mogło być podobnymi kulturowo i zbyt zróżnicowane geograficznie, dlatego są patologiczne, bo niedopasowane do istoty człowieka i panujących realiów. Aprioryczne opinie jakiegoś faceta nie są argumentem w dyskusji.


6.
DYSKUTANT: "Wynika z tego, że potrzebna jest racjonalizacja podziałów terytorialnych i relacji międzyludzkich."
Hm? Tego też nie rozumiem.


JA: Dziwne to jest, że rozumie Pan np. racjonalizację gospodarki i pewnie wielu innych zachowań, sfer, itd., ale potrzeby racjonalizacji tej płaszczyzny Pan „nie rozumie”. To ja Panu powiem, że racjonalizacja każdej sfery jest zawsze dobrem, a aprioryczne stawianie wyżej odczuć a priori zawsze jest złe.


7.
DYSKUTANT: No tak, ale to nie bierze się znikąd. Najlepiej taka współpraca się układa między krajami o podobnym potencjale. Z kolei wobec krajów o różnym potencjale... Najlepiej będzie jak oddam głos temu, który skłonił mnie do myślenia w tym obszarze. Mam pewne zastrzeżenia do jego rozumowania, ale warto wziąć pod uwagę ten wywód:
https://www.facebook.com/notes/kr%C3%B3 ... 9711307259
Dość powiedzieć, że taka otwartość w takiej sytuacji ma swoje koszty.


JA: Pan myli sfery. Tekst jest o tym, że do walki politycznej przy założeniu obecnego podziału tożsamościowo-politycznego, czasem skuteczniejszy bywa socjalizm, a nie o tym, że samo istnienie obecnych podziałów, tożsamości i interesów socjalistycznych gospodarek jest z definicji patologiczne. Jest teoria i jest praktyka. Nie może Pan wniosków z teorii wkładać w realia praktyki, które funkcjonują na zasadach innej teorii. Sprzeczność wewnętrzna. Jeśli opracujemy nowy skład chemiczny Pepsi to nie oznacza, że dodanie jednego z jego głównych ulepszeń do obecnej pepsi, uczyni ją lepszą.


8.
DYSKUTANT: "Kultury zaś powinny być im mniejsze, tym lepsze i w swoich sprawach należy dać im lekką autonomię, która nie godzi w szerszy ład. Wtedy będzie i ład, i naturalna różnorodność."
Hm... A kto ma decydować o tym, co już godzi w szerszy ład, a co nie?


JA: Głupie pytanie. Ktokolwiek. Nie kto, tylko na jakiej zasadzie o tym decydować – to byłoby sensowne pytanie. Kwestia zawsze będzie lekko dyskusyjna, nie mniej jednak, lekka autonomia racjonalna jest w tych kwestiach, które są zmienne dla każdego terytorium, a „unijność” na płaszczyznach, które są niezależne od miejsca oraz gwarantują utrzymanie ładu, np. ramy wielkości terytoriów, ramy wydatków na służby porządku, podstawowe zależności i aksjomaty prawne typu: Prawdy nie ustala się przez głosowanie; Umowa dwojga dorosłych ludzi jest niepodważalna i nierozerwalna, jeśli nie koliduje z prawem; Zarządca nie może używać wojska w celu agresji, a jedynie w celu obrony; Prawo ma zakazywać tych patologii, gdzie dla wartości hedonicznych lub witalnych, niszczona jest sfera moralna; Prawo nie może karać za samodzielne działanie na własną szkodę, lub za działanie na szkodę innych za ich zgodą; itd.


9.
DYSKUTANT: Rzecz druga: Po tym zdaniu wnioskuję, że Waść jesteś gotów na eksperyment na otwartym organizmie. Kto przewidzi jakie będą skutki wprowadzenia takiej ideologii?


JA: Stanowczo za daleko Pańska wyobraźnia wybiega. Ja jestem osobą tworzącą teoretyczne konstrukty światopoglądowe oparte o modele filozoficzne, a nie jakimś generałem wywijającym szabelką. Przewidzieć skutki może każdy, kto właściwie przeprowadzi analizę, lub jeśli umie połączyć istniejące już elementy systemu docelowego w całość.


10.
DYSKUTANT: Rzecz trzecia: Kto ma decydować ile tej "kultury" może jeszcze być, a co ma zostać zakazane? Na jakiej podstawie? Które elementy tych kultur się nadadzą, a resztę "proszę uprzejmie won"?


JA: Znów: nie kto, tylko na jakiej zasadzie. Pytanie „kto” jest absurdalne. Wedle piramidy wartości. Kultura sama w sobie nie ma wartości. Wartość mają normy moralne. Jeżeli jakiś element dowolnej kultury jest z nimi sprzeczny, to musi pójść w zapomnienie, albo ewentualnie przenieść się na czysto prywatne poletka.


11.
DYSKUTANT: Rzecz jest bowiem w tym, że nie ma czegoś takiego jak uniwersalnie "dobre wartości". Zapewniam Waści, że jeśli się przejedzie na Bliski Wschód i zapyta czy spuszczenie lania nieposłusznej kobiecie to jest rzecz dobra, uzyska odpowiedź twierdzącą. Jeśli pojedzie do Afryki i zapyta, czy to aby dobry pomysł wycinać dziewczynce łechtaczkę, to też uzyska podobny odzew. Przypominam przy tej okazji o nader interesującej, wspomnianej powyżej, etyce żydowskiej.


JA: Kompletna bzdura. Gdyby moralność była jakimś zbiorem ludowych przeświadczeń to dowolna jej koncepcja, oparta na takich fundamentach, byłaby kompletnie bezwartościowa. Jak już wspomniałem, to są normy kulturowe – niekiedy sprzeczne z moralnością – ale żadnej obiektywnej moralności nie negują. To, że ludzie sobie wmawiają, że robienie czegoś złego jest dobre, bez względu na to, gdzie i w jakich czasach, nie zmienia faktu, że dobre nie jest. Rozważanie, czy np. aborcja jest zła nie polega na jakimś badaniu kultury. Jest to typowo logiczna analiza, której wynik dotyczyć będzie każdego człowieka.


12.
DYSKUTANT: Waść życzy narzucić wszystkim własną etykę jako dobrą - bo do porozumienia z wymienionymi to w tej kwestii na pewno nie dojdzie. Jakimi metodami, się zapytuję? Bo naturalnie, ewolucyjnie - o czym jestem przekonany - do globalnego ujednolicenia tutaj nie dojdzie.


JA: Pański błąd polega na tym, że przerzuca Pan swój tok myślenia na innych. Ja nie gloryfikuję żadnego etosu, tylko dlatego, że tak byłoby mi wygodnie. Autonomicznie analizuję, co jest sensowne, a co nie – dlatego nie mam żadnego problemu, żeby krytykować „polaczkowanie”, choć wygodniej by mi było tego nie robić. Z tych samych powodów popieram kapitalizm czy katolicką naukę społeczną. Nie ma „mojej etyki”. Są obiektywne analizy, prowadzące do stworzenia piramidy wartości, która w łatwy sposób pokazuje, jakich czynności prawo powinno zakazywać i jaka powinna być forma ich tępienia. Każdy człowiek, który ma do tego głowę, może prowadzić taką analizę, bez względu na to, jaki jest typowy etos w jego regionie.


13.
DYSKUTANT: "Ci sami ludzie, którzy deklarują poglądy Katolickie, jak przychodzi co, do czego, kultywują makro hedonizm i znieczulicę wobec innych ludzi na świecie."


Co Waść konkretnie ma na myśli? I w czym rzecz jest a propos "znieczulicy na świecie"? O czym Waść myśli i jakie działania proponuje?


JA: Jak o co? O nacjonalizm, czyli makro hedonizm! Proponuję obiektywizm, sprawiedliwe poszanowanie ludzkiej godności i wartości ludzkiego życia – a nie kto bliżej się urodził, ten lepszy.


14.
DYSKUTANT: Jakie nadzieje Waść wiąże z przekonaniem do katolickiego systemu wartości muzułmanów? Ja dopuszczam częściowe. W końcu konwersje się zdarzają (a mogłoby ich być może więcej, gdybyśmy byli w stanie zapewnić konwertytom ochronę przed "braćmi w wierze"). A jeśli dobrze odgaduję kierunek, w którym Waść zmierza, to proponowany system musiałby być wprowadzony globalnie - bo każda "wyspa starego porządku" byłaby zagrożeniem dla graniczących z nią atomistycznych autonomii "nowego wolnego świata".


JA: Ale żeby kosmopolityzm mógł funkcjonować ja nie muszę całego świata przekonać do Katolicyzmu. Tego typu działania to raczej sfera dla oddolnych inicjatyw konkretnych religii. Takie chociażby Zjednoczone Emiraty Arabskie, które mają prawo niby inspirowane Islamem, mają społeczeństwo bardziej zbliżone do katolickich ideałów, niż potencjalnie katolicka, ale zlewaczała i wyprana z wartości Europa, gdzie każda patologia jest „fajna”. We wspomnianych Emiratach żyją ludzie ze wszystkich religii świata, oraz ateiści i nic złego się nie dzieje, bo prawo jest stosunkowo uniwersalne, czyli zakazuje (mniej więcej) jednoznacznych patologii, ale nie wchodzi z butami w życie prywatne, jak jest np. w Arabii Saudyjskiej.


15.
DYSKUTANT: Waść zakłada jednomyślność wszystkich jednostek tworzących owe społeczności, które przez aklamację zaakceptują nowy porządek? Bo dla nich wprowadzenie takiej rewolucji będzie z całą pewnością sztuczne.


JA: Absolutnie nie, ja w ogóle nie jestem demokratą. Zdanie większości ludzi na temat dowolnego światopoglądu nie ma najmniejszego znaczenia, jeśliby dało się wprowadzić to wbrew ich woli. Z resztą to samo tyczy się kapitalizmu czy jakichś sensownych zakazów moralnych w prawie. Większość ludzi jest głupia i zazwyczaj ma głupie poglądy, gdyż głupoty są łatwiejsze w propagowaniu, zatem na rynku PR-u i marketingu bardziej dochodowe jest wmawianie ludziom głupot – no a sami nie umieją ich weryfikować.


16.
DYSKUTANT: Dlaczego "nienaturalnie"? Nienaturalnie to tworzy się teraz UE, którą próbuje się przeformatować w super-państwo na wzór USA. Z tym, że tam to wyszło naturalnie, a u nas próbuje się to zrobić na siłę, z pominięciem różnic kulturowych, historycznych, gospodarczych, etc. Gdzieś miałem dobry tekst o tym jakie są warunki do tworzenia się unii, i ten nasz europejski projekt nie spełniał żadnych wymagań... Jak znajdę to podeślę.


JA: Nienaturalne jest każde tworzenie świadomości mające nieracjonalne podstawy. Unia (abstrahując od jej socjalistycznych zapędów w gospodarce i antyklerykalnych w etyce) jest to organizacja, której wszystkie składowe weszły dobrowolnie, na skutek chęci przedstawicieli określonych społeczności. Bardziej normalnie już się nie da. Natomiast wszystkie dzisiejsze kraje, mają mniej lub więcej epizodów opartych o przemoc w swojej historii, więc jeżeli Unia, jako organizacja dobrowolna i pokojowa jest nienaturalna, to państwa są od niej 100 razy bardziej nienaturalne. Facet podbijający przemocą plemienia kontra przedstawiciele społeczności dobrowolnie przyłączający się… No bez żartów. Różnice kulturowe, historyczne i gospodarcze nie mają najmniejszego znaczenia. Kulturę każdy może sobie tworzyć, jak chce, historia już była, a gospodarkę wystarczy zostawić ludziom i odczepić od polityki.


17.
DYSKUTANT: Tak czy inaczej: w większości dających się nazwać krajów spoistość pod tymi względami jest raczej duża. Trudno więc przyjmować, że taki zastany organizm polityczny jest "nienaturalny".


JA: Nie ma to najmniejszego znaczenia. Kraj pt Rosja ma w sobie okręgi o większościach muzułmańskich, buddyjskich, o różnych językach, itd., itp., a nie dzieje się tam nic szczególnego, statystyki są podobne jak w innych regionach, gdzie np. 99% to cerkiew. Wystarczy wprowadzić uniwersalne i obiektywne prawo, które jest respektowane. Wiele okręgów ma np. oprócz rosyjskiego (który robi za „kosmopolitański”), także rdzenny język urzędowy.


18.
DYSKUTANT: No właśnie. A nie mają. TYLKO dlatego, że przez środek miasta przebiega granica i obie społeczności należą do RÓŻNYCH kręgów kulturowych. Ergo: różnice kulturowe między narodami istnieją. Cieszę się, że co do tego się zgadzamy.


JA: To Pańskie myślenie od dupy strony mnie zadziwia. No są RÓŻNE, ale nie ma to WARTOŚCI, bo zostały sztucznie wyhodowane. W normalnych warunkach, albo kultury zmieniają się płynnie, albo w miejscach atrakcyjnych (np. finansowo) mieszają się wszystkie. Pewnie, że jakieś tam różnice istnieją, ale nie przedstawia to wartości, bo te całe „narody” z Bożej łaski, nie przedstawiają fenomenologicznej wartości, są skutkiem błahych przypadków, które akurat się utrwaliły. Cnotą jest likwidować te sztuczne różnice, będące przyczyną problemów i świetnym zaczątkiem propagandy wielu idiotów, a nie je podkreślać i hodować dalej. Różnice jakościowe należy pielęgnować – czyli dyskutować i konkurować wszędzie tam, gdzie PRAWDA jest do zdobycia. To, że król podzielił kraj na dwóch synów i akurat podział ten się utrwalił (niemcy i francja), czy że facet podbił sobie plemiona, nie jest powodem, aby rajcować się tym do końca świata i jeden dzień dłużej. To są bezwartościowe bzdury, które trzeba jak najszybciej odkręcać. To tylko spady po polityce sprzed tysiąca lat.


19.
DYSKUTANT: No bo się wykluł. Gdyby tak nie było to Waść nie miałby dziś z czym wojować;-) I to wykluł nie tylko prawem urodzenia czy genów, ale właśnie deklaracji i chęci przynależności do tak nielubianego przez Waść konstruktu. Zwracam przy tej okazji uwagę, że przez ostatnie 80 lat "polskość" była rugowana na wszelkie możliwe sposoby. Lekko licząc: 3 pokolenia! Sowieci stawali na głowie, by tę polskość zohydzić. Później nasze "elyty" z Gazetą Wyborczą na czele robiły wszystko, by połączyć nam w głowach "patriotyzm" z "faszyzmem" i obciachem. Gdyby więc zdobycze nauki były tutaj aż tak omnipotentne, to po tej polskości nie powinien zostać już ślad.


JA: Nic się nie wykluło, poza ludzką głupotą, która przez rozwój techniczny mogła przejść na nową skalę. Wyuczone przez setki tysięcy lat instynkty do przetrwania w stadzie, uśpione przez kilkaset lat na rzecz płacenia pańszczyzny, nagle odrodziły się w warunkach masowej świadomości obecnych podziałów politycznych, które stały się zamiennikiem realnych i naturalnych plemion, czy innych, dawnych oddolnych grupek ludzi. W tworze pt. Kanada tuż przed erą masowej świadomości podziałów politycznych, ludzie pochodzący z dwóch odrębnych krajów, czyli z francji i anglii, całkowicie się zasymilowali, dzięki czemu jak już podziały polityczne stały się uosobieniem plemion, tamtejsi ludzie pomimo posługiwania się różnymi językami, zaczęli się identyfikować jako „kanadyjczycy”. Jakby wylądowali tam przedstawiciele królestwa obojga cebul i przedstawiciele królestwa hitlerjugendu, to pewnie też dzisiaj jakaś tam hitlercebulia by była zamiast kanady. Tyle to wszystko jest warte. No a czemu fani królestwa cebuli przetrwali „ostrzał”? Po pierwsze (najważniejsze), zabory były w XIX wieku, kiedy to już w dużej mierze podziały polityczne były znane, więc ciut za późno. Po drugie, rządy krajów zaborczych zrobiły błąd taktyczny z punktu widzenia ich interesów, bo miejscowi byli poniżani, przez co automatycznie zadziałała psychika człowieka. Jeżeli jakaś grupa społeczna jest poniżana, to to sprzyja cementowaniu i chęci walki. Gdyby agresor zachowywał się neutralnie, a bunty robiliby tylko jacyś nieracjonalni, zdeklarowani nacjonaliści, których trzeba by było siłą ograniczać, to prawdopodobnie oni staliby się w popularnej kulturze tymi „niefajnymi”, a nie władze austrii, prus i rosji.. Po trzecie, komunizm był złym systemem, a do tego występował już w świecie z podziałami na „swój” rząd i na „zaborcę”. Komunistyczny kraj nie miał najmniejszych szans na sukces. Za późno, komunizm okazał się klapą, a do tego pozostał charakter „agresora”.


20.
DYSKUTANT: Jest raczej odwrotnie - władza w dzisiejszych czasach jest zbyt rozproszona i trudno podejmować szybko decyzje, gdy jest taka potrzeba. To łączy się również z rozproszeniem odpowiedzialności, bo teraz praktycznie nikt za nic nie odpowiada (czemu sprzyja też obecna ordynacja wyborcza).


JA: Proszę czytać ze zrozumieniem. Nie chodzi o stopień centralizacji władzy wewnątrz tych oficjalnie autonomicznych jednostek, ale o wielkość tychże jednostek. Decentralizacja w rozumieniu zlikwidowania wielkich tworów, a nie ich utrzymania i zwiększenia rangi regionów.


21.
DYSKUTANT: Póki co nie umiem wskazać sposobu sprawowania władzy, który by mnie satysfakcjonował. Ma swoje zalety monarchia dziedziczna, bo wtedy rządzący patrzy w perspektywie dziesięcioleci, a nie najbliższych wyborów. Z kolei obawiam się, że monarchia nie będzie pozbawiona wad dyktatury, która wyjaławia elitę z jednostek wybitnych, które teoretycznie mogą władcy zagrozić. Pod tym względem demokracja w wydaniu wczesno-amerykańskim wydaje się (z praktyki patrząc) optymalna, bo premiowała jednostki najbardziej kompetentne, co dało bardzo dobre efekty. Ta z kolei ma tendencję do korodowania, co możemy obecnie obserwować...


JA: Najlepszy system sprawowania władzy musi łączyć w sobie sprawność, jakość i dbałość wraz z ograniczonością możności i zależnością. Tak byłoby, gdyby funkcjonowały księstwa na zasadach mojej koncepcji kosmopolityzmu.


22.
DYSKUTANT: A niby czemu te mniejsze nie będą sztuczne? Jedyna taka jednostka, która nie jest sztuczna, będzie się składać z jednej osoby. Ewentualnie kilku ludzi, jeśli się same dobiorą w grupę. Tylko co to nam daje?...


JA: Mniejsze też będą sztuczne, ale znacznie mniej, gdyż są sposoby, aby w przybliżeniu określić, jakiej wielkości kultury mają zdolność do autoidentyfikacji bez żadnego przymusu odgórnego, oraz połączyć to z jedyną naturalną zmienną kulturotwórczą, czyli różnicami geograficznymi. Poza tym, nie tylko sama wielkość, ale przede wszystkim cechy tych jednostek byłyby inne, niż cechy dzisiejszych krajów/państw. Jak się Pan zna na interpretacji tekstu to Pan wie, że każda część tekstu musi być interpretowana w kontekście całości. Mniejsze same w sobie są mniej sztuczne, ale też funkcjonowałyby w systemie, gdzie granica jednostki jest równie uciążliwa, co dzisiaj granica województwa. Jednostki zarządcze byłyby stworzone tylko po to, aby w każdym miejscu dla optymalnej ilości ludzi przysługiwała władza, dbająca o prawo i bezpieczeństwo publiczne. Bezpośredniego wpływu na kulturę by nie miała, gdyż prawo ogólne zabraniałoby tego.


23.
DYSKUTANT: Nadal mamy system demokratyczny? No to będąc taką Arabią Saudyjską mam ochotę sobie zrealizować jakiś interes na teremie niegdyś zajmowany przez kraj o nazwie "Polska", gdzie teraz są zatomizowane, autonomiczne dystrykty. Do każdego z nich wysyłam jednego agenta, który ma tam założyć jakąś figuratywną firmę. Na tydzień przed wyborami/referendum każdy z tych agentów zatrudnia fikcyjnie milion (czy ile tam wystarczy) Saudyjczyków, którzy zagłosują zgodnie z kluczem (nawet ci sami ludzie w każdym dystrykcie).


JA: Jak Pan zadaje pytanie, to proszę poczekać na odpowiedź, a nie odpowiadać sobie samemu – nie, docelowo demokracji nie ma. Przy założeniach demokratycznych to nie da się nic innego wymyślić, jak jakaś forma narodowego-socjalizmu, bo te dwie propagandy są najłatwiejsze i one zawsze wygrywają wybory. Każde księstwo musiałoby przyjąć prawo ogólne, które jest niezbywalne. Nad jakimiś pierdołami można demokratycznie się bawić, ale na pewno nie mogłaby być to demokracja klasyczna, bo jak wspomniałem, demokracja klasyczna daje zawsze ten sam wynik: albo ciut mocniej zaakcentowany na socjalizm, albo na nacjonalizm.


24.
DYSKUTANT: "Władza publiczna powinna raz na zawsze pozbyć się patologicznej funkcji, jaką jest dyktowanie ludziom, kim mają być."
A gdzie dyktuje?


JA: A na przykład w przymusowej szkole, w publicznej telewizji, itd.


25.
DYSKUTANT: No ale jakie "obronne", skoro - jak rozumiem - granic nie ma i każdy może iść i być gdzie mu się podoba? Właśnie efekt takiego "braku granic" obserwujemy przy obecnej wędrówce ludów. Pewnie, że wyglądałaby ona inaczej, gdyby nie rozdawany lekką ręką pokaźny socjal, ale nawet gdyby tego nie było; każdy kraj/grupa źle życząca naszej społeczności mogłaby wysłać kogo im się podoba, by narobić u nas bigosu.


JA: Obronność polega na tym, że w każdym terytorium ma być spokój. Obronność względem agresji oddolnej, wszelkich form zorganizowanej przestępczości, agresywnym demonstracjom, itp. Żadna „grupa” nic (złego) by nie mogła, gdyby było normalne prawo, które za „bigos” karze odpowiednio, do ilości „bigosu”. Każdy może żyć, gdzie mu się podoba, ale po pierwsze – wszędzie są podobne warunki gospodarcze, a nie tak jak dzisiaj, w jednych miejscach zamknięte społeczności „wypoczywające” z problemami na poziomie fryzury u psa, a w innych w dużej mierze realnie zamknięte społeczeństwa, gdzie ludzie nic nie mogą. Jakby rynki były otwarte, to momentalnie by się to zmieniło. Nie byłoby z czasem miejsc, gdzie każdy biznes się kręci, bo nie ma konkurencji, a każdy pracuje za grosze całymi dniami. Nagły napływ inwestorów doprowadziłby tam do dużej konkurencji, a to doprowadziłoby do wzrostu płac dla miejscowych. Po drugie, rozbójnicy nie mogliby za bardzo szukać miejsc, gdzie ich uczynki będą lekko traktowane, bo podstawy prawne byłyby bardzo podobne. Dlaczego ci znani dziś z rozbojów „uchodźcy” nie uchodzą do Zjednoczonych Emiratów Arabskich? Procent imigracji jest tam najwyższy na świecie, zarobki niemal największe, a i główna religia ta, co im pasuje. Ano dlatego, że nie ma tam socjału, a za robienie burd, dostaliby co najwyżej baty, a nie wygodne mieszkanko. Jeszcze raz powtarzam: DOBRE PRAWO rozwiązuje problemy, a nie jakieś izolacje etniczne. Nie ma żadnego dowodu logicznego ani empitycznego, który by dowodził, że izolacje cokolwiek dają. Zarówno jednolite etnicznie miejsca mają problemy, jak i różnorodne, oraz zarówno jednolite, jak i różnorodne, mogą funkcjonować dobrze. WSZYSTKO zależy od tego, jakie jest prawo, gdyż jedne systemy prawne (nieświadomie lub świadomie) promują patologie, a inne im zapobiegają.


26.
DYSKUTANT: Cytuję a propos uprzedzeń autora, o czym pisałem w jednym z pierwszych akapitów. Jak na kogoś deklarującego zamiłownie do logiki, dość często Waszmościowi zdarza się wartościować.


JA: Nie rozumiem jaki ma Pan problem z tym „wartościować” i co to ma wspólnego z logiką.


27.
DYSKUTANT: kultura narzuca się ludziom w takim samym stopniu jak tlen. Nie ma na świecie społeczności bez kultury. A tak powstała "jedność", wynikająca ze wspólnego garnituru kulturowego, jakim cudem miałaby być sztuczna, skoro powstała samoczynnie, na skutek naturalnej ewolucji? Patriotyzm jest tu jedynie uznaniem, że ta nasza kultura to jednak fajna jest i warto, by przetrwała.


JA: Nie jest „fajna”, tylko akurat istniała w czasach masowego wzrostu świadomości. Każda, która wtedy istniała, została przez żyjących w niej ludzi uznana za fajną, bo większość ludzi, podobnie, jak Pan, uznaje za dobre to, co jest im wygodne przez przyzwyczajenie i konformizm, a nie najpierw stwierdza, co jest obiektywnie sensowne, a potem do tego dąży. Niemal każde państwo to efekt bezwartościowych przypadków, czasem nawet patologii i wojen; prywatnych rozgrywek wodzów, czego skutki zostały odgórnie wprowadzone, tworząc centralne okręgi kulturotwórcze, mające wpływ na ludzki język i poglądy – zupełnie bez świadomości większości ludzi, że to się dzieje. Dopiero w XIX wieku ludzie dowiedzieli się o istnieniu takich, a nie innych podziałów, uznawszy je a priori jako coś fundamentalnego – co rychło zostało zauważone przez polityków i wykorzystane, do jeszcze większego zniewolenia człowieka, łącząc to z socjalizmem.


28.
DYSKUTANT: Między państwami? Ano występują, co wynika z różnych interesów. Różnice te nie znikną tylko dlatego, że się na siłę ludzi podzieli administracyjnie na mniejsze landy.


JA: O to chodzi, żeby władza interesów W OGÓLE nie miała. Jeśli chodzi o interesy realizowane w formie pieniężnej, wystarczy zlikwidować socjalizm, a jeśli chodzi o interesy w formie zbrojnej, to wystarczy znacznie zmniejszyć wielkość jednostek i przez to znacznie zwiększyć ich ilość na świecie, oraz nałożyć takie zasady, aby potencjalne imperialne interesy każdej z nich były całkowicie niemożliwe. Zasad takich oczywiście jest wiele, ale między innymi służby porządku mogłyby być mobilizowane tylko w celach obronnych, zaś atak byłby z definicji czynnością nielegalną, która delegalizuje władzę danego okręgu, a ościenne mają obowiązek doprowadzić je do kapitulacji w obronie ładu (o ile wojska dalej słuchałyby tej nielegalnej z definicji władzy). Interesy mają mieć tylko ludzie i ich prywatna działalność. Jedynym interesem władzy (i płaszczyzną jej konkurowania) ma być prestiż, a działania imperialono-rewolucyjne muszą być całkowicie niemożliwe, tak jak dzisiaj niemożliwy jest atak woj. łódzkiego na woj. wielkopolskie. Po wprowadzeniu mojej koncepcji kosmopolityzmu właśnie takie byłoby ryzyko, a nawet jeszcze mniejsze, bo oba te województwa mają kilka milionów mieszkańców, a to nie jest optymalna ilość.


29.
DYSKUTANT: Jak coś, co powstało na gruncie naturalnych przemian - mniej więcej przebiegając podobnie NA CAŁYM ŚWIECIE, może być uznane za nienaturalne?...




JA: Jak Pan tak lubi generowanie tożsamości na skutek propagandy sterowanej centralnie, będącej efektem zbrojnych przepychanek elit, to powinien się Panu tez podobać socjalizm. A, no i co arcy istotne – też prawie na całym świecie Pan go ma. Jedyne, co różni socjalizm od nacjonalizmu, to grupy beneficjentów. W nacjonalizmie beneficjentami są zarządcy (bo mają posłusznych podatników) i te społeczeństwa, których zarządcy załatwili im wywyższanie się (bez względu, czy zbrojnie, czy tez przez manipulacje i gierki), a w socjalizmie beneficjentami są zarządcy (bo mogą fundować sobie duży aparat propagandy i kontroli) oraz patologia, chamstwo i roszczeniowcy wśród obywateli.


30.
DYSKUTANT: Samo obcowanie z językiem, który gdzieś tam sobie brzęczy w tle, nic nie daje. Ludzie całymi latami są w stanie mieszkać w obcym kraju i nie nauczyć się języka, bo komunikują się tylko między krajanami (a przecież brzęczy on z każdej strony).


JA: Ale Pan dyrdymały wypisuje, to się w głowie nie mieści. Każdy nauczyciel języka Panu powie, że najlepszą metodą nauki języka jest mimowolne obcowanie i każdy, kto gdzieś wyjedzie musi kupować produkty, usługi, dogadywać się w pracy, czasem czyta jakieś informacje, mimowolnie słucha… Mam wrażenie, że Pan jest w stanie każdą bzdurę wymyślić, żeby wyszło na Pańskie.


31.
DYSKUTANT: O zagrożeniu w znoszeniu wszelkich barier gospodarczych między krajami o różnym potencjale już pisałem (za pomocą pióra Krótkiej Lancy). Z resztą, można zobaczyć jak to się kończy dla nas na żywym przykładzie, w zderzeniu z Niemcami. Ale jeśli również granice zewnętrzne miałyby być zupełnie otwarte dla każdego, to jest przepis na katastrofę.


JA: Nie ma różnych potencjałów, bo uprzednio nie ma różnych krajów. Znów Pan nie traktuje tekstu jako całości, miesza teorię na temat kosmopolityzmu z dzisiejszą praktyką, opartą o inną teorię funkcjonowania. Każdy kupuje nieruchomości gdzie chce, pracuje gdzie chce, podróżuje gdzie chce – jeden warunek – dobre prawo. Obecne kłopoty Europy nie wynikają z możliwości migracji, ale ze złego prawa, które praktycznie nie każe za wyrządzone zło, rozdaje dobra materialne i pieniądze, nie chroni mienia, nie pozwala bronić się samemu, itd. Imigranci mogą przyjeżdżać w dowolne miejsce w Unii i w wiele miejsc poza Unią, a przyjeżdżają dokładnie tam, gdzie za nic mają mnóstwo pieniędzy i są bezkarni. Nawet do Emiratów, gdzie zarobki są 5 razy wyższe niż w Unii nie jadą, bo nie ma tam socjału, a za rozbój są ostre kary.


32.
DYSKUTANT: Ile tych ludzi Europa jest w stanie przyjąć w skali roku? A co, jeśli przyjedzie 100x więcej? Co, gdy nawet w zdrowym systemie gospodarczym (bez socjalu, z dobrym prawem, etc.) okaże się, że nie ma dla nich pracy, a nie mają jak wrócić? To jest przepis na chaos, o jakim nam się nawet nie śniło!


JA: Nie wiem ile, rynek zweryfikuje, ile osób będzie chciało kupić teren, a ilu sprzedać. Nie wiem, jak mają wrócić. Bilet samolotowy kosztuje 500zł, wyżebrają sobie w tydzień. Klepie Pan bezmyślnie jakieś nacjolskie mądrości ludowe, a nie ma Pan żadnej wiedzy na temat statystyk. Przypominam tylko, że przy neutralnych warunkach prawnych, nie było by żadnych masowych migracji, a jedynie unormowałyby się rozłożenie ludzi na ziemi na najbardziej sensowne z możliwych.


33.
DYSKUTANT: skoro kultury się między sobą różnią, to niektóre wychowują lepszych ludzi a inne - gorszych. I od tych gorszych z całą pewnością warto jest się izolować.


JA: Co za poglądy?! Zadziwia mnie, jak można kogoś poniżać, bo urodził się w gorszych warunkach… Wypowiedź na poziomie członka NSDAP… Analogicznie ja powinienem się od Pana izolować. Widać miał Pan jakieś gorsze warunki życia, bo normalny człowiek takich nieludzkich i absurdalnych logicznie poglądów nie wygaduje. Wybaczy Pan, ale oszczędzę sobie tłumaczenia, dlaczego zamykanie ludzi w sidłach głupich ideologii nie rokuje, aby ten problem się rozwiązał…


34.
DYSKUTANT: Przekręt można zrobić na wszystkim, a co do zamętu to: w dzisiejszych czasach? Stawiam diamenty przeciw orzechom, że natychmiast po uwolnieniu rynku walut powstaną instytucje, które "w locie" będą przewalutowywać środki zgromadzone na różnych kontach i płacić będziemy mogli kartą, nie zauważając nawet różnicy. Więcej "zabawy" może być przy płaceniu gotówką.


JA: Tylko po co przewalutowywać do końca świata jakieś śmieszne waluty, będące spadami po średniowiecznych podziałach, skoro przy potencjalnych możnościach funkcjonowania kosmopolityzmu, warto raz a dobrze się z tym uporać, a potem mieć klarowną sytuację. To jakby drwal ciągle inwestował w siekierę, bo tak nauczył go ojciec, zamiast przeznaczyć miesięczną wypłatę na piłę motorową, potem miesiąc się uczyć nią pracować, lecz przez kolejne lata mieć 10 razy lepszą wydajność. Chciałby Pan, żeby w woj. wielkopolskim trzeba było płacić Mieszkami, a w mazowieckim Świętopełkami, tylko dlatego, że kiedyś to miało znaczenie? Ja bym nie chciał, choćby w każdym sklepie był czytnik kart, bo to absurdalne!


35.
DYSKUTANT: To jest pomysł *zabójczy* dla kraju o dużo wyższym potencjale gospodarczym niż pozostałe.


JA: NIE MA KRAJÓW!!!! Już wiem co musiałby czuć „doktor” z powrotu do przyszłości, jak ciągle mówił Martiemu, że nie myśli wielowymiarowo. Pan nie myśli schematycznie. W założeniach nie ma żadnych krajów, a Pan dalej nawija, jak to jedne kraje (wciąż zakładając ponadto, że są socjalistyczne) będą cierpieć.


36.
DYSKUTANT: oprócz osób najbardziej rzutkich, gotowych na ryzyko i przedsiębiorczych, zupełnie otwarta granica przyciągnie również desperatów i zwykłych, pospolitych przestępców, którzy bądź to zaczynają mieć już "ciepło" w swoim dotychczasowym rewirze, bądź to szukają nowych obszarów działania. To, w połączeniu z dającym do myślenia z przykładem z "gumballami", linkowanym przeze mnie powyżej, spowoduje, że do takiej Europy czy USA zjedzie się natychmiast mrowie ludzi.


JA: Nic się nie znajdzie, bo WSZĘDZIE zakładamy te same możliwości biznesowe! Miał Pan NRD i RFN. Po zlikwidowaniu komunizmu ile procent dawnego NRD rzuciło się na RFN? Raczej nie 90, tylko niewiele. Dlaczego? Bo te same warunki doprowadziły do szybkiego rozwoju obszarów NRD.


37.
DYSKUTANT: Nie ma na świecie gospodarki, która jest w stanie natychmiast wytworzyć dowolną ilość miejsc pracy. A zatem nawet ci, którzy przyjadą w uczciwych zamiarach za moment będą w desperacji i będą musieli się imać wszystkiego, by jakoś przetrwać - również działań nielegalnych.


JA: Po pierwsze nie będą na chama podróżować, jak już wyjaśniłem, po drugie zawsze mogą wrócić, po trzecie, pierwsi rozbójnicy dostaną ostre kary i reszcie się odechce.


38.
DYSKUTANT: Nie ma takiej służby porządkowej, która poradzi sobie z *dowolną* ilością przestępców. A zatem w bardzo krótkim czasie okaże się, że policja nie jest w stanie egzekwować prawa - a zatem ci, którzy jeszcze się wahali, śmiało do swoich bandyckich towarzyszy dołączą.


JA: Absurdy, jakie Pan wypisuje, po prostu są śmieszne. Każda możliwa krzywa na wykresie Panu powie, że nigdy nie ma społeczeństwa, gdzie więcej osób chce chaosu, niż porządku – przynajmniej deklaratywnie. To równie racjonalne, jakby powiedzieć, że większość ludzi będzie wybitnymi kierowcami na poziomie F1, a mniejszość przeciętnymi. Nawet w skrajnych warunkach, czyli obecna migracja po socjał i bezkarność, jaka odbywa się do niektórych terenów UE, plus najgłupsze prawo w historii świata i nic szczególnego się nie dzieje. Kilka rozrób w skali całej europy i kilkunastu lat. Przy pełnej otwartości granic, braku socjału i dobrym prawie, gospodarka, jakość życia, itp. będą rosnąć w miejscach „trzeciego świata” w ogromnym tempie. Już dziś, w warunkach mocno średnich, rośnie 200, gdzieniegdzie 300% rocznie.


39.
DYSKUTANT: "Trzeba zmierzyć się z pytaniem, jaki jest rzeczywisty, możliwy w oparciu o wolny rynek poziom życia bez egzystowania ponad stan."
!!! No to grubo, mości Panie. Znaczy się maszerujesz w stronę marksizmu? Zaglądanie do cudzego portfela nie przystoi człowiekowi tytułującemu się propagatorem idei wolnościowej - no chyba, że coś źle zrozumiałem.


JA: Nie pitol Pan jakichś dyrdymałów pod publiczkę, tylko zdecyduj się Pan, czy umiesz czytać ze zrozumieniem i jakiekolwiek poważne argumenty podać, czy nie. Na drugi raz proszę się 10 razy zastanowić, co się pisze, bo nie mam czasu na takie głupoty. Czego Pan w tym zdaniu znów nie rozumie? Załóżmy, że są dwa miejsca publiczne o pełnej autonomii, gdzie jest niby kapitalizm, ale oba zagrodzone, a cwaniaczki w pierwszym mają lepsze zasoby naturalne, więc wbrew zasadom wolnego rynku, okupując teren siłą, żyją ponad stan. Wolny rynek Panie znawco, polega na legalnym kupowaniu terenu, a kiedy system prawny oparty jest o jakieś nacjonalistyczne bzdury, to jedni żyją ponad stan, a inni poniżej, bo nie mają możności kupna terenu. Efekt jest taki, że ci poszkodowani urządzają masową agresję, zwaną wojną. Jeśli wygrają, to ci drudzy żyją poniżej stanu, itd. Chodzi o to, żeby ten cyrk zlikwidować, władzy publicznej pozostawić tylko te zadania, które spełnia ona najlepiej, a zarządzanie zasobami pozostawić jednostkom. Rozumiesz Pan wreszcie, czy znów jakieś bzdury pod publiczkę będę czytał?


40.
DYSKUTANT: "Trzeba zdelegalizować zwroty, które wzmacniają subiektywizm pochodzenia, zrównać je prawnie ze zniesławieniem lub propagowaniem nienawiści."
Wydawało mi się, że poprzedni akapit był już jazdą z pełną prędkością po ślepym torze, ale tutaj to widzę Waszmość jeszcze przyśpiesza. Masz li świadomość, że to co proponujesz - w sensie najzupełniej dosłownym - to jest Orwell jak się patrzy? Jeśli dobrze pamiętam, to zwało się to "Ministerstwo Prawdy" i zajmowało się usuwaniem z języka zwrotów i pojęć. Waść psioczył kilka akapitów wcześniej, że teraz społeczeństwa są zindoktrynowane, a sam proponuje inżynierię społeczną? O *taką* "wolność" Waszmościowi chodzi?...


JA: 6 linijek pierniczenia zamiast napisać, że się nie rozumie. Kiedyś wolno było nazywać osobę o czarnej skórze podczłowiekiem i kupować go jako niewolnika. Na skutek wzrostu kultury, dojrzałości człowieczeństwa, interpretacji etyki, itd., ludzkość doszła do wniosku, że jest to nieludzkie. Dzisiaj powszechnie uznaje się poniżanie kogoś ze względu na kolor skóry za bycie totalnym idiotą. Analogicznie, na skutek rozwoju, uważam, że do grona zwrotów, które należy podpiąć pod obrazę, należy dodać te, które poniżają ludzi ze względu na pochodzenie. Sprawy etyczne nie są subiektywne, tylko obiektywne i prawo musi zakazywać wszystkiego tego, co jest jednoznacznie złe w sferze publicznej (czyli dotyczy osób, które mogły nie wyrazić na to uprzedniej zgody).


41.
DYSKUTANT: Czyli Waszmość uważa ludzi za bezmózgie bydło, któremu wystarczy nie mówić takich rzeczy i oni już sami przestaną mówić "zawołaj mnie jak będzie Małysz skakał"? Otóż jestem przekonany, że nie wystarczy. To, czego Waść upiera się nie dostrzegać, to to, że przynależność narodowa jest dla wielu ludzi po prostu kolejnym przybliżeniem na skali bliskości. Obrazując efekt to tym co mi najbliższe będzie:
moja partnerka/dzieci -> rodzice i rodzeństwo -> przyjaciel -> dalsza rodzina -> sąsiedzi -> mieszkańcy tego samego miasta -> przedstawiciele tej samej nacji -> mieszkańcy tego samego kontynentu -> mieszkańcy planety Ziemia, itd. I podobnie rozumuje większość znanych mi ludzi.


JA: Znów ten sam błąd. Ja wiem, że dla ludzi polaczkowanie na dzień dzisiejszy jest istotne. Chodzi o to, że to głupie i że trzeba to zmieniać. A czy uważam ludzi, za bezmózgie bydło? I tak, i nie. Jeśli chodzi o podatność na propagandę i nieświadomość konsekwencji własnych poglądów, zdolność do sprzeczności logicznych, itd., to uważam ludzi za bezmózgie bydło i wielokrotnie udowodnili, że nim są. Co innego w relacjach personalnych oraz w ocenie względnej, czyli w oparciu o to, jakie dany człowiek ma możności. Większość ludzi nie ma możności do swobodnego rozumienia zależności logicznych w sprawach światopoglądowych, więc głupota nie jest ich winą, zatem nie należy ich za to poniżać.


42.
DYSKUTANT: Waść uparł się jeden z tych elementów wyciąć jako zbędny i nienaturalny. O ile możesz Waść dyskutować, czy jest potrzebny, to nie można powiedzieć, że nie jest naturalny i prawdziwy; tak samo jak afekt względem rodziny czy przyjaciół, a jedynie w innym natężeniu.


JA: Rodzina i przyjaciele to realne relacje. Ludzie wyhodowani na podobnych przez niezawinione urodzenie w tym samym okręgu politycznym to sztuczne podobieństwo i brak relacji.


43.
DYSKUTANT: Jakie "wywyższanie"? Informacja, że 2000 ludzi przebiegło maraton jest dla mnie bez znaczenia. Ale informacja o tym, że przebiegł go mój kumpel (nie mówiąc już o tym, gdyby go wygrał) to już zupełnie inna para kaloszy. Jeszcze bardziej się ucieszę, gdy będzie to ktoś mi bliski, ale jeśli "tylko" Polak to też fajnie.


JA: No i właśnie po to jest moja koncepcja kosmopolityzmu, aby takie myślenie, jak Pańskie ukazać, jako absurdale, bo oparte na nic nie wartych podziałach. Większość ludzi, także Pan, ma jakiś problem z negowaniem czegoś, jak jest łatwe i wygodne; problem z nieutożsamianiem się z poglądami, zanim się ich nie uzasadni. Musi Pan oduczyć się myśleć od „dupy strony”. Myślenie: zakładam a priori, że to co jest, jest ważne -> chcę informacji na temat ludzi, których wyhodowano na podobnych do mnie, bo mi się wydaje, że są mi bliscy. NIE! Wychodzę od fundamenów i szukam u źródła, stwierdzając, że obecne podziały tożsamościowe są bezwartościowe, zbędne i sztuczne -> dodatkowe informacje pogłębiające ten stan są złe. Nie może Pan krytykować tej tezy, o ile przyjmuje Pan a priori propagandę, że obecne podziały są dobre. To jak przekonywanie ateisty, że moralność ma znaczenie. Najpierw trzeba zadbać o podstawy, żeby w ogóle można było dyskutować; trzeba mieć „wspólny mianownik”. Dlatego te wypowiedzi są bez sensu. Pan mi tłumaczy sensowność czegoś w oparciu o coś, co ja zanegowałem i liczy Pan na to, że czas na to poświęcony ma sens?


44.
DYSKUTANT: Jakie "kosztem"? Czy te informacje formułowane są "wygrał ten-i-ten, zwyciężając nad resztą fajtłap"? No raczej nie. Więc gdzie tu koszt, który ktoś ponosi?


JA: Jak Pan nie zauważa jawnego faworyzowania w sporcie ze względu na urodzenie, to ja już pomóc nie mogę. Trudno o bardziej jednoznaczny przykład. A koszt taki, że jak przeciętny człowiek pozbawiony krytycznego myślenia wobec populizmu słucha danego populizmu, to się bezmyślnie z nim zgadza i jednym z niewielu poglądów niewolniczych, które równo kładą do głowy wszystkie formacje polityczne, jest „polaczkowanie”, tylko robią to w różny sposób. Nie ma wątpliwości, że w sprawach tożsamości taki człowiek jest ugruntowany odgórnie i nie ma żadnego pola manewru.


45.
DYSKUTANT: A co do meritum: gdzie w informacji o tym, jakiej kto jest narodowości (czyli np.: w barwach JAKIEGO KRAJU występuje) jest obrażanie? W jaki niby sposób te dwie kwestie (sytuacja czarnoskórych swego czasu i przykład kolejny) są porównywalne?


JA: W informowaniu o miejscu zamieszkania bez żadnych podtekstów nie ma nic obraźliwego rzecz jasna. Obraźliwe jest publiczne nagabywanie, komu ma się kibicować. Zakazane powinno być jakiekolwiek gloryfikowanie kogoś, za samo miejsce urodzenia, bo jest to obraza dla drugiego człowieka. Jak Pan tego w tym momencie nie rozumie, to nie rokuje, że coś się zmieni. Etyka dziennikarska zakazuje faworyzowania adwersarza ze względu na swoje poglądy, etyka lekarska zabrania leczenia kogoś lepiej, bo się go bardziej lubi, analogicznie, prawo publiczne (które ma chronić wszystkich, a w warunkach kosmopolityzmu – wszystkich na całym świecie, choć i cywilizowane prawo w dzisiejszym świecie mogłoby być na tyle przyzwoite, aby wznieść się na ten poziom) powinno zakazywać publicznego gloryfikowania osób, z uwagi na niezależne czynniki. Jednym z głównych jest miejsce pochodzenia, ale to ta sama płaszczyzna, co kolor skóry, itp.


46.
DYSKUTANT: Penicylina też jest efektem historycznego przypadku, a jednak nikt nie kwestionuje jej wartości.


JA: No i co z tego? Myśli Pan, że zabłyśnie? Idąc Pańską logiką, można sobie wyrwać dowolny fragment historii i zrobić z niego bożka, nie patrząc na jakikolwiek sens. Ok., to ja zostaję fanem podziałów plemiennych i żądam przywrócenia plemienia no nie wiem… łużyczan, które wredny kosmopolita Mieszko ujednolicił w jakimś polsko-kołchozie, a potem spolonizował moich „rodaków” na swoje podobieństwo. Super ideologia: wszystko, co przypadkowe i mogło mieć jakieś pozytywne skutki, należy ubóstwiać… Otóż nie, proszę Pana. Podbicie plemion przez Mieszka, choć przymusowe i czynione dla jego prywatnych interesów, to miało pozytywne skutki, ale tylko dlatego, że miało niektóre te same zalety dla plemion wewnątrz państwa „polan”, co miałoby dla całego świata wprowadzenie prawa i podziałów kosmopolitańskich. Podbój mieszka doprowadził do zmniejszenia ilość walk między plemionami, bo dał im prawo aspirujące do miana sprawiedliwego, które zastąpiło przemoc. Dokładnie w tym celu (choć bez agresji, przymusowego ujednolicenia językowego, kulturowego i tożsamościowego) należy postulować kosmopolityzm – jest on formą rozwoju społeczeństw na miarę obecnych możliwości technicznych i świadomości.


47.
DYSKUTANT: Poza tym, jakie "kastruje"? Wystarczy przejechać się po Polsce, by zobaczyć i stroje i obyczaje nieznane szerszym odbiorcom. Tradycję kultywują ludzie. Jeśli uznają ją za ważną i wartościową, i o ile państwo nie będzie jej aktywnie zwalczać, to wszystko jest w rękach dziedziców owej kultury. A rzeczywistość pokazuje, że mają się one dobrze.


JA: Ale ludzie nie wiedzą najlepiej, co jest dobre, a co złe. Ludzie najlepiej robią tylko to, co wynika z ich cech subiektywnych, np. zainteresować, a nie to, co należy ustalać w filozoficznych dyskusjach. Jak już Pan skończy „jeździć po polsce” i z bólem wychwytywać jakieś marginalne różnice, które są głównie dlatego, że pewne obszary w różnych czasach miały różnych hegemonów politycznych, to niech Pan sobie pojeździ w innych miejscach i zobaczy, że nagle z mikro różnic, robią się ogromne różnice przy przejechaniu przez granice, a potem niech sobie uświadomi, że tak ogromne i nagłe granice nie są dziełem naturalnym, ale sztucznie, odgórnie hodowanych mas ludzi zamkniętych w „puszkach”.


48.
DYSKUTANT: Mały region to jak rozumiem 500k ludzi. To z kolei byłoby haniebnym ujednoliceniem wobec lokalnych zwyczajów poszczególnych wiosek czy dzielnic, czyż nie?:) Konsekwencja w tym rozumowaniu po prostu musi się zakończyć na tym, że każda rodzina ma swoje unikatowe zwyczaje, więc każda z nich powinna stanowić odrębną autonomię.


JA: Nie byłoby, bo około 500 tys. ludzi to nie jest liczba przeznaczona do przymusowego ujednolicania, ale skutecznego zarządzania publicznego, które to jednak w warunkach kosmopolitańskich, miałoby minimalny wpływ na tworzenie się tożsamości, gdyż byłoby to zapisane w prawie ogólnym, którego złamanie wiązałoby się z delegalizacją zarządców danego regionu, co byłoby dla nich bardzo nieopłacalne.


49.
DYSKUTANT: "Celem przecież jest cnota miłości bliźniego,"
A to nie może każdy mieć własnego celu życia?


JA: Oczywiście, że nie może, choćby nawet bardzo chciał. Miłość bliźniego jest fundamentalnym celem, czy komukolwiek się to podoba, czy nie; czy ma tego świadomość, czy nie. Tylko wybory moralne mają znaczenie. Cele wymyślane sobie przez laików światpoglądowych nie mają żadnego znaczenia – choć im się tak wydaje. Zmieniają prozę życia, natomiast nie zmieniają jego jakości etycznej, a tylko to ma obiektywny sens.


50.
DYSKUTANT: A uzasadnienie wydaje się dość oczywiste; dana wspólnota, jadąc przez koleiny historii doświadczana została w określony sposób, co wpłynęło na ichni rozwój kulturowy i cywilizacyjny, kształtując zespół norm - przekładający się później na prawa obowiązujace na danym terenie; ma prawo czuć się danego terenu gospodarzem. A skoro tak, to - podobnie jak człowiek we własnym domu - ma prawo decydować o tym kogo do niego wpuści i na jakich zasadach.


JA: Nie, jakieś przypadkowe historie nie dają aktu własności nad ziemią jakiejkolwiek grupie, podobnie, jak aktu własności nie daje przemoc. Żadne subiektywne mądrości ludowe nie mogą godzić w uniwersalne, obiektywne wartości; sprawiedliwe, cywilizowane zasady.


51.
DYSKUTANT: Ryzyko wojen mogłoby spadać tylko ze względu na ogólny spadek aktów przemocy (o czym można poczytać na fb profilu "Dzień Walki z Hoplofobią"; jak będzie potrzeba to pomogę szukać). Drugim czynnikiem koniecznym zapobieganiu wojen byłby brak sytuacji o sumie zerowej (czyli gdy zysk jednej strony = porażce drugiej) oraz równemu potencjałowi (politycznemu, militarnemu, gospodarczemu) regionów. Tak jak mówił Jacek Bartosiak: wojna jest w zasadzie wypadkiem przy pracy. Sytuacją, w której któraś ze stron (bądź obie) źle oszacują siły. W przypadku równego potencjału - o ile nie jest to sprawa życia lub śmierci - nikt na wojnę nie idzie, bo każdy chce ją wygrać.


JA: Nie interesuje mnie czytywanie żadnych hoplofobii, za to Pana powinno zainteresować czytanie ze zrozumieniem i rozpatrywanie działania teorii po jej wprowadzeniu, a nie w warunkach funkcjonowania skutków innej teorii. Ryzyko wojen nie ma nic wspólnego z ogólną przemocą. Nie wiem, skąd te bzdury. II wojna światowa wybuchła przez imperialistyczne porachunki zarządców krajów, które były w czołówce najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Ogólna ilość przemocy wynika ze średniej inteligencji i temperamentu, a te wynikają z genotypu, a ten wynika z warunków klimatyczno-geograficznych, w jakim żyli przodkowie danego człowieka. Przeciętny człowiek zaś nie ma żadnego wpływu na wywołanie wojny. Jest jedynie mięsem armatnim polityki, której rozgrywki decydują o tym, gdzie jest wojna, a gdzie nie. Dlatego właśnie należy skonstruować takie zależności, ażeby jedyną drogą rozwoju i konkurencji wśród polityków, był ich prestiż. Takie zależności mają miejsce wtedy, kiedy większości zależy na utrzymaniu dobrego dla wszystkich systemu, a mniejszość oszołomów nie ma możności posiadania sił, które pozwalają rozważać choćby nawet szalone pomysły na podbój, a sama próba wiązałaby się z bezpowrotną delegalizacją ich władzy, która wyjściowo była dożywotnia i dziedziczna. Nie warto tracić tak prestiżowego zajęcia dla nierealnych pomysłów, a kto by się odważył, ten robiłby za przykład dla potencjalnych następców. Pańskie teorie o jakichś tam sumach zerowych to kolejny przykład na to, że porównuje Pan wnioski ze stanu obecnego do krytykowania teorii, w której stanu obecnego by z definicji nie było. Zdaje się, że ten błąd jest kluczowym, który nie pozwala Panu choćby zbliżyć się do krytyki mojej koncepcji.


52.
DYSKUTANT: Jeśli te dzikie ostępy mają jakieś praktyczne walory użytkowe, to niby dlaczego dzisiaj nie miałyby być wykorzystane? W czasach stawia platformy wiertnicze na otwartym morzu, jeśli tylko się to opłaca?...


JA: Ale ja nie twierdzę, że tam jest coś, co się opłaca wydobywać jakimś wielkim koncernom, tylko, że dla przeciętnego człowieka są niedostępne, bo wizy, bo paszporty, bo byłoby się „uchodźcą”, „obcokrajowcem”, itd.


53.
DYSKUTANT: "Rynek światowy ustabilizowałby się"
W jaki sposób? Względem czego?


JA: Względem tego, co jest dzisiaj, czyli kiedy publiczne, a czasem i prywatne tereny, znajdujące się w ramach jakiegoś tworu politycznego są zarezerwowane dla pewnej grupy ludzi, tylko dlatego, że ktoś, kiedyś przemocą tego dokonał. Na wolnym rynku nie nabywa się terenu przemocą, a każdy może kupić co chce, jeśli jest na sprzedaż i go stać.


54.
DYSKUTANT: Jak to "marnowania pieniędzy na rywalizację". Przecież właśnie rywalizacja popycha świat do przodu! Od lądowania na Księżycu po GPS. Konkurencja (między firmami) też jest przecież rywalizacją.


JA: Pan jest mistrzem mylenia wszelkich możliwych sfer i myślenia na opak. Gdzieś tam zasłyszy Pan coś, że rywalizacja jest dobra, więc oczywiście gdziekolwiek i w oparciu o cokolwiek. Rywalizacja pomiędzy mną i moim kolegą o to, który z nas Pana zastrzeli też Panu odpowiada, czy jednak trzeba się zastanowić nad tym głębiej? Każda działalność, która nie ma u swoich podstaw realnych potrzeb ludzi, a interesy karierowiczów-polityków, jest działalnością szkodliwą, czego dowodem są straty poniesione w wojnach. Lądowanie na księżycu czy GPS byłyby dużo wcześniej osiągnięte, gdyby rządy nie marnowały ludzkich pieniędzy na cele wojenne. Przy tej marności koszty zbudowania wahadłowca są śmieszne. Rywalizacja samozwańczych demiurgów naszej świadomości, czyniona za skradzione w podatkach pieniądze jest zła. Rywalizacja jest dobra, jeśli jest zgodna z mądrym prawem i czyniona za własne pieniądze.


55.
DYSKUTANT: Ja bym sobie życzył, by właśnie kraje z sobą rywalizowały - żeby każdy z nich chciał być najbogatszy, postawić największy pomnik czy jako pierwszy polecieć na Marsa. Bo to by znaczyło, że odpuszczają te socjalistyczne bzdury, mające na celu zbudować nam tu Marchewkowe Pole, a skupiają się na robieniu pieniędzy (ergo: nie przeszkadzaniu w robieniu ich obywatelom, bo bogate państwo to przede wszystkim bogaci obywatele). Przeproszeniu się z Lafferem czy Smithem. Takie spinanie się w stylu Związku Sowieckiego, jeśli nie ma się dobrych podstaw gospodarczych, na długo się nie zda, a w skali długofalowej źle zarządzane kraje albo muszą rywalizację przegrać, albo zmienić ustrój.


JA: Nie ma to jak nie chcieć socjalizmu, ale tolerować kradzież pieniędzy na latanie na marsa. Władze publiczne mają nie móc konkurować, mają spełniać swoje funkcje i nie móc nic więcej, a ludzie mieć swoje pieniądze.


56.
DYSKUTANT: A jaki mechanizm miałby do tego prowadzić? Przy doktrynie "ratujmy wszelkie przejawy kultury" przesterowanie się na "zwalczajmy te negatywne" mogłoby być cokolwiek trudne.


JA: Naturalny mechanizm. Rodzenie się części ludzi w jakichś zidiociałych miejscach, typu korea północna czy państwo islamskie, oraz niemożność ucieczki z nich, sprzyja rozwijaniu się patologicznych kultur, zaś możliwość dowolnej migracji pozwala im zginąć śmiercią naturalną, bo ma się porównanie z czymś normalnym. Brak perspektyw i świadomości, że może być inaczej, to recepta na dowolnie głupie propagandy.


57.
DYSKUTANT: No to jak "przypadkowo"? Przypadku w tym nie było. Ktoś się potknął i zrobił większe państwo? Obudził się i zobaczył, że ktoś mu mapę przemalował? Nie, było to celowe działanie.


JA: Pan serio nie umie nic przeczytać ze zrozumieniem, czy udaje głupka, żeby wyszło na jego? Przypadek polega na tym, że akurat z jakichś błahych powodów jednemu wodzowi udało się zbrojnie podbić jakichś innych. Tak jak przypadkiem może Pan trafić na spleśniały ser w markecie. Nie dlatego, że ktoś się potknął, tylko że Pan akurat wszedł do sklepu jak każdy inny, ale akurat w tym ktoś postanowił na chama sprzedać złą partię sera. Nie było w tym żadnego sensu, tylko decydowały przypadki, nieistotne walki polityczne, nie mające żadnej idei poza dowaleniem konkurentowi, nie miały żadnych podstaw logicznych, ani innych celów, poza karierami. Oczywiście w tamtych czasach trudno byłoby wymagać czegoś lepszego. Funkcjonowanie jakichś sensownych form kosmopolityzmu jest możliwe w zasadzie od niedawna, bo potrzebna jest szybka, tania i łatwa komunikacja ogólnoświatowa. Nie mniej jednak, nie zmienia to faktu, że robienie z jakichś post średniowiecznych podbojów bożków, które mają determinować życie ludzi cholera wie, jak długo jeszcze, jest totalnie bezsensowne, infantylne, szkodliwe i uwsteczniające. To stanowiło siermiężny, ale jednak rozwój w czasach średniowiecza – wtedy i tylko wtedy. Tak jak strzelba prochowa była lepsza, niż miecz, ale dzisiaj nie jest już najlepsza. Dlaczego Pan nie jest fanem swojego plemienia? Dlaczego ludzie z Kanady nie odnoszą się do swoich dawnych „ojczyzn”? Bo one przestały istnieć w ich świadomości – i nic się nie stało! Zmienia to coś w życiu tych ludzi? Boli Pana fakt, że Pańskie plemię wymarło na rzecz plemienia polan? Nie, tak samo nie bolałoby Pana, jakby żył Pan w normalnym świecie, gdzie żadna „polska”, „niemcy” czy „rosja” nie istnieją. Żyłby Pan sobie po swojemu, jakby Pan chciał, to mógłby żyć, jak dotychczas, ale kultura rozwijałaby się oddolnie i swoim torem. Etykę i kulturę wyznaczałby Pan sobie sam, o ile nie kolidowałaby z prawem, a jedynym czynnikiem determinującym zwyczaje, architekturę, gospodarkę, tryb życia, byłby czynnik geograficzny, czyli ten, który rzeczywiście jest niezbywalny i obiektywnie istniejący.


58.
DYSKUTANT: Jakie znowu ideowe? Państwo ma przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne. Jeśli dzięki temu połączeniu jacyś Hunowie przestali napadać co roku, a jedynie napadają co 10 lat, to już jest progres. A jak przestali napadać w ogóle? To jeszcze lepiej. A zatem idea była taka, aby nie dać się zabić, zgwałcić i obrabować (niekoniecznie w tej kolejności).


JA: Nie, idei nie było żadnej. Po prostu wódz plemienia polan okazał się być skuteczniejszym karierowiczem, niż inni wodzowie i zdołał ich podbić, albo i zabić – szczegółów nie znam. To jest pragmatyzm, konformizm dziejowy – przeciwieństwo racjonalnych działań, które w oparciu o jakieś logiczne analizy, przyświecają jakiejś idei. Zwykła, bezmyślna, barbarzyńska walka kogutów o koryto. Dokładnym przeciwieństwem jest koncepcja prawicowego kosmopolityzmu. Tak jak przeciwieństwem siłowych walk plemion były ich cywilizowane relacje po podboju przez Mieszka (choć kosztem kultur, wolności i języków), tak przeciwieństwem barbarzyńskich, bo siłowych relacji państw, jest racjonalna koncepcja kosmopolityzmu, czyli wprowadzenia sprawiedliwych i racjonalnych zasad korzystania z dóbr światowych. Moja koncepcja kosmopolityzmu problem podziałów i tożsamości zastępuje racjonalnymi zależności, oraz daje możliwe do wprowadzenia rozwiązania, mające na celu racjonalizację światowych podziałów, ich form, a przez to także maksymalizację naturalnego tworzenia się racjonalnych kultur i ich relacji. To jest działanie ideowe.


59.
DYSKUTANT: To chyba jest najważniejsze zdanie całego wywodu. Zwracam uwagę, że owe "narzędzia", jeśli by się nie połamały w czasie procedowania, mogłyby być tejże zagłady przyczyną. Waść proponujesz rewolucję w rozmachu równą bolszewickiej (komunizm w założeniu miał być przecież również wprowadzony na całym świecie i był równie zasadniczą zmianą zastanego porządku, co proponowana przez Waszmościa). Jest tylko jedna wersja tego planu, która kończy się dobrze i cała masa kończących się katastrofą.


JA: Znowu jakieś pierniczenie o rewolucjach, komunizmach, itd… Zamiast marnować czas na wymyślanie mi durnych przytyków, potrenowałby Pan czytanie ze zrozumieniem. Wszystko, co zawiera jakiekolwiek wnioski ze świata, który każdego dnia rozwija się bardziej, niż podczas całego, dowolnego stulecia przed XIX wiekiem, ma być negowane a priori, bo niektórych rozumowanie się zatrzymało na etapie średniowiecza? Przestań Pan produkować jakiś populizm o bolszewickich rewolucjach i zacznij Pan czytać z rozumieniem! Świat ulegnie zagładzie, jeśli nic się nie zmieni, bo stronnictwa polityczne będą rosnąć w siłę i coraz bardziej ścierać się o autonomię. To nie średniowiecze, że gromadki ludzi tłuką się szabelkami i taka jest maksymalna skala rozmachu działań. Zmieniły się zarówno możliwości koordynowania działań na globalne, jak i techniki walki. Mamy broń totalną. Tylko całkowita negacja tego nurtu, który miał sens w średniowieczu może coś zmienić, całkowita rezygnacja z autonomii i wprowadzenie CYWILIZOWANYCH, a nie barbarzyńskich reguł podziału świata. Każdy skończony zasób należy spożytkować za pomocą racjonalnych rozwiązań, a nie pozabijać się, kto weźmie całość. Władza publiczna nie jest potrzebna do zapewniania ludziom wolności przez autonomię! Tak było, ale już nie jest – tylko szkodzi się takim myśleniem, czego dowiodły wojny światowe. Władza ma się skupić na zabezpieczeniu prawa stanowionego przed anarchią i bezprawiem. Nie ma być autonomicznym hodowcą ujednoliconych tumanów, bo w tym sprawdza się źle. Nie ma mieć interesów, bo w tym sprawdza się źle. Jedyne sfery, gdzie nie da się zastąpić władzy publicznej to prawodawstwo i bezpieczeństwo publiczne, czyli właściwie nadanie prawu skuteczności, poprzez monopol na zorganizowane służby porządku. Nie stoimy przed wyborem: średniowieczne kraje kontra walka o globalne zarządzanie. Większość pseudo autonomicznych krajów, jest dzisiaj pionkami jakiegoś stronnictwa, a realnie autonomicznych decydentów jest na świecie niewielu. Należą do nich np. władze Chin, władze USA i UE, itd. Jeżeli myślenie na zasadzie dążenia do autonomii nie zniknie, a konkurencja nie przejdzie na typowo rynkową płaszczyznę, dojdzie do wojny totalnej – skutków nie będę opisywał. Śmieszne jest to, że skonstruowanie obiektywnego prawa nie stanowi najmniejszego problemu i w wielu miejscach takowe funkcjonuje z bardzo dobrym skutkiem. Barierą są tylko ludzie, tacy jak Pan, którym w głowie hedonistyczne zabawy w polaczkowanie, oraz mocno zakorzenieni w swoich porachunkach politycy – choć oni nie stanowiliby problemu, gdyby idea się rozpowszechniła, bo paradoksalnie jest ona bardzo prosta i wręcz dziecinnie oczywista. Barierą jest ludzka psychika. Jeżeli zacznie działać na korzyść, to proces na szczęście będzie nieodwracalny.


60.
DYSKUTANT: To na czym ma polegać ta autonomia? W szczegółach, pytam. Bo od tego w sumie trzeba by zacząć przy ocenie całego projektu.


JA: Na tym samym, co każda inna: monopol na służby porządku i na prawodawstwo – tyle, że jedno i drugie nie może przekraczać ram określonych przez prawo uniwersalne – tym się różni od całkowitej autonomii.


61.
DYSKUTANT: Czasem widać, czasem nie widać. Czasem przekręt wychodzi po paru latach, a czasem w ogóle. Czy przekręty burmistrzów miast wychodzą jakoś częściej niż na szczeblu państwowym? Nie zauważyłem takiej prawidłowości.


JA: Źle napisałem. Mała ilość ludzi, to MAŁE pole do wszelkich przekrętów. Miało być oczywiście na korzyść małych terytoriów – mniejsza skala – łatwiejsza do opanowania. To jest dowód na to, że Pan nie czyta ze zrozumieniem, bo ten cytat nie pasuje do wszystkiego innego, co pisałem o małych terytoriach. Jakby Pan czytał ze zrozumieniem, to by Pan wychwycił, tymczasem Pan na chama wkleja cytaty i pisze cokolwiek, aby wyszło na Pańskie.


62.
DYSKUTANT: "Z małej ilości mieszkańców [nie?] da się zbudować dużego wojska, czy innych sił zbrojnych, więc nie można za ich pomocą zdziałać więcej, niż tylko utrzymać porządek w rządzonym terenie."
Ilość wojska nie ma znaczenia. Państwo (kraj, region, jak zwał tak zwał) jest silne wtedy, gdy jego sąsiedzi są słabsi od niego. Do tego jeśli dołożymy sojusze między tymi autonomiami to mamy normalną geopolitykę, tylko (na razie) w mikroskali.


JA: Jestem w szoku, tutaj wychwycił Pan, że zjadłem słowo. Jednak czyta Pan z jakimś tam zrozumieniem… Ale niewielkim, bo w tekście było napisane, że ramy służb porządku byłyby określone prawem ogólnym i musiałyby zawierać się pomiędzy ościennymi, ale nie mniejsze, niż możliwa największa kooperacja prywatnych firm ochroniarskich. Ilość wojska ma rzecz jasna znaczenie, wbrew temu, co Pan napisał, bo bez względu na proporcje względem ościennych, im większa wartość bezwzględna, tym większy rozmach i długość działań, a także straty w ludziach.


63.
DYSKUTANT: "Bardziej jawnie mogą stwierdzić" kto jest wybitny"? Bo w innych przypadkach to muszą się z tym kryć? ;-) Ale załóżmy, że chodziło o "łatwiej" - po czym poznać czy ktoś jest wybitny?
Ano najpierw trzeba mieć punkt odniesienia. Czyli jakąś "skalę" na której będziemy człowieka umieszczać. Nie jest to proste, bo zależy od kryteriów jaka osoba przyjmuje. Dla dziennikarza Gazety Wyborczej (czy jego czytelnika) osobą wybitną będzie kto inny niż w przypadku, dajmy na to, Gazety Polskiej. Nie mówiąc już o bardziej skrajnych przypadkach światopoglądowych.


JA: Miało być jawnie, ale nie chodziło o jawność deklaracji, tylko o jawność postaci, którą oceniają. W realnych relacjach ludzie oceniają zazwyczaj nie przez jakieś tam gazety i światopoglądy, tylko po czynach, zaangażowaniu, dobroczynność i, itp. cechy danej osoby. W społeczności o wielkości 500 tys mieszkańców każdy zainteresowany wie, co kluczowe postacie robią. Światopoglądy nie mają wielkiego znaczenia. Liczy się wiarygodność i zaufanie.


64.
DYSKUTANT: Trzecia rzecz to pojawienie się poczucia odpowiedzialności za państwo wśród obywateli. Świadomości, że od ich decyzji rzeczywiście coś zależy. Dzisiaj - słusznie zresztą - wielu wyborców ma poczucie, że biorą udział w cyrku, z którego nic nie wynika. Zagłosują na kogoś ze względu na ofertę, jaką składa, a która później zupełnie kandydata nie obowiązuje. To, ofc, łączy się z wprowadzeniem instytucji odwołania urzędnika, jeśli owym obietnicom się sprzeniewierzy (co przy dzisiejszej ordynacji jest niemożliwe).


JA: Demokratycznie nie da się nic szczególnego zrobić. Oczywiście może być nieco lepiej, albo nieco gorzej, ale nigdy nie będzie przełomowo. Akurat Panu nie powinno to szczególnie wadzić, bo to zwiększa szansę na funkcjonowanie polaczkowania jeszcze relatywnie długi czas.


65.
DYSKUTANT: Brak suwerenności oznacza zatem, że praktycznie ZAWSZE oddajemy własne interesy na rzecz suwerena. Zachowanie suwerenności oznacza z kolei, że możemy negocjować. Czasem oznacza to "damage control", czasem pozwala lawirować między dużymi graczami tak, aby być im - w ten czy inny sposób - do czegoś potrzebnym. Ale się walczy o to, by jak najwięcej dla siebie ugrać. Kraj podległy ma już tylko słuchać i wykonywać.


JA: Tak to działa przy założeniu, że świat składa się z mniej lub bardziej socjalistycznych państw narodowych. W normalnej (docelowej) rzeczywistości każdy właściciel firmy ma prywatne interesy, z którymi polityka (ta docelowa forma) nie ma nic wspólnego. Co do autonomii, to jest to jedynie możność do ustalania prawa w sposób całkowicie samodzielny, zaś brak autonomii jest koniecznością do dostosowania danego terenu do podstaw prawnych obowiązujących w szerszym porozumieniu.


66.
DYSKUTANT: "Wszystkie różnice między ludźmi wynikają z określonych czynników i wystarczy uporządkować pewne sprawy, aby negatywne różnice zanikały."
Gdzieś to już słyszałem. Już byli tacy, co próbowali wyhodować "homo sovieticusa". Nie udało się.


JA: Kolejne głupie teksty i brak prawidłowej interpretacji tekstu. Oczywiście Panu absolutnie nie przeszkadza, że głupie antagonizmy, które zlikwidował Mieszko nie istnieją i pomiędzy województwami, ale gdyby usunąć je na skalę całego świata, przy czym znacznie lepiej, bo bez kastracji kultur i bez przemocy, to już źle i trzeba rzucić jakąś durną łatką, żeby zakryć braki we własnym myśleniu i liczyć na to, że się „przestraszę”.


67.
DYSKUTANT: "Ludzie są przyzwyczajeni do socjaldemokracji"
True, ale nie jest to dogmat. Wystarczy popatrzeć na młodzież. Wszyscy mają przecież mózgi prane od 3 pokoleń, a - co by nie mówić o adresacie - mini-wybory w szkołach średnich pokazują poparcie dla Korwina rzędu 70%! Skądś to się bierze. Wg mnie: prawda po prostu ma to do siebie, że wyzwala. Również siebie samą.


JA: Nie jest dogmat, ale te 70% gimbusów w głównej mierze umie odmieniać przez przypadki słowo wolność, niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc. Jest to raczej kult jednostki, który jak się nagle pojawił, tak nagle przeminie. Prawda owszem wyzwala, ale prawidła propagandowe są nieubłagane i ideologie takie jak nacjonalizm czy socjalizm, czyli ideologie łatwe i chwytliwe: my jesteśmy najlepsi i wszystko nam się należy, zawsze będą najskuteczniej propagowane. Slogan „prawda wyzwala” traktowałbym bardziej indywidualistycznie, a nie jako nadzieję, że większość ludzi nagle zmądrzeje. Z wrogością do socjalizmu wśród młodych po prostu miał miejsce rzadki przypadek, że modne stało się to, co jest mądre. Nie ma gwarancji, że za lat kilka modny nie stanie się jakiś neo-komunizm. Bardziej jednak obawiam się, że moda na tolerowanie wszelkich patologii połączy się z modą na wolny rynek i nastaną czasy bardziej dzikiego kapitalizmu, niż w XIX wieku, a to może być jeszcze gorsze, niż umiarkowany socjalizm, ale z jakąś sensowną szatą moralną.


68.
DYSKUTANT: Świeżość idei nie jest żadną wartością. Bolszewizm też kiedyś był świeży. Podobnie faszyzm.


JA: Wartością nie jest, ale ludzi przyciąga, a o tym była mowa.


69.
DYSKUTANT: Dość naturalne jest, że jeżeli gdzieś funkcjonują dwa języki urzędowe to jeden z nich zacznie dominować, z tych czy innych przyczyn. A przyczyna pewnie jest taka sama jak wszędzie - angielski jest po prostu praktyczniejszy. Przydaje się i w codziennym życiu, i w internecie, i w zrozumieniu większości dóbr kultury, funkcjonujących w porządku międzynarodowym.


JA: Chodzi o to, że ludzie jeszcze kilkaset lat temu przypisani do zupełnie różnych państw, dzisiaj mają z tym taki sam problem, jak Pan z tęsknotą za swoim plemieniem, czyli żaden. Język jest jedynie potwierdzeniem tego.


70.
DYSKUTANT: W tym miejscu warto zadać zasadnicze pytanie: Dlaczego język angielski stał się międzynarodowy? Ano dlatego, że anglosasi zdominowali świat. Zatem drugie pytanie: co się stanie, jeśli kiedyś przestana dominować?... I czy wówczas przypadkiem aby to nie np. chiński stanie się językiem międzynarodowym? Ano zapewne się stanie, bo takie przypadki już były. W XVIw. to język polski był językiem międzynarodowym, bo wówczas to Polska była potęgą i warto było znać ten język, by robić z Polską interesy i umieć odnaleźć się w towarzystwie.


JA: Nie ma to żadnego znaczenia. Język powinien być łatwy i wymawialny dla każdej grupy etnicznej. Angielski zdaje się jest, więc można by go wykorzystać.


71.
DYSKUTANT: Pewnym zabezpieczeniem dla zmiany trendów mogłoby być uczenie się języka nie-narodowego, jak esperanza, który jest (podobno) jeszcze łatwiejszy niż angielski. Tylko znów, trzeba by to zrobić przez przymus, bo naturalne efekty to są takie jak opisałem powyżej.


JA: Nie przymus żaden, tylko możliwość. Przymus to jest zabieranie pieniędzy i fundowanie z nich obowiązkowej szkoły. Samo wprowadzenie dodatkowego, urzędowego języka, który funkcjonowałby jako drugi także w produktach i usługach, zastąpiłby całą litanię języków, jaką mamy dziś i tyle. Esperanto jest głupim pomysłem – lepiej wykorzystać istniejący już język, bo wiadomo na pewno, że sprawdza się, jako łatwy.


72.
DYSKUTANT: "ułatwianie przemieszczania się i płacenia daje na każdym obszarze obiektywizację gospodarki,"
Co to jest "obiektywizacja gospodarki"? W sensie "ujednolicenie"? "Wszystkim po równo"? To też już gdzieś słyszałem...


JA: Znów marnowanie mojego czasu na przygadywki na poziomie trzynastolatka. W zasadzie jakbym wiedział, że ta polemika będzie miała taki poziom, to bym w ogóle nie marnował na nią czasu. Gdzieś Pan to słyszał? Najprędzej w swoich dziecinnych komentarzach, bo nigdzie indziej tak często nie ma tak prymitywnych i nie związanych z tekstem skojarzeń. Nie proszę Pana, obiektywizacja gospodarki w kontekście bezproblemowego przemieszczania się, płacenia i pracowania polega na tym, że nie ma zamkniętych obszarów panów i obszarów sług, które niesprawiedliwie, bo w oparciu o agresję, zostały przypisane niewinnym ludziom.


73.
DYSKUTANT: "obsesje nacjonalistów i chęć tworzenia jednolitego rasowo i kulturowo społeczeństwa."
Bo jest w tym niezaprzeczalny walor, który Waść upiera się ignorować.


JA: Szkoda, że ów walor polega na nieludzkim postrzeganiu innych ludzi, a jego celem jest wygodnictwo i makro hedonizm. Klasyczna ideologia sprzeczna z piramidą wartości. Najwyżej hedonizm i witalizm, najniżej moralność. Gratuluję walorów. Pomijam, że żadne statystyki tych „walorów” nie potwierdzają.


74.
DYSKUTANT: "W zjednoczonym świecie też by tak było, ale nie dałoby się „hodować” społeczeństw „do roboty” i społeczeństw „do wypoczynku”, jak jest to dziś."
Na przykład? I: jaki mechanizm temu sprzyja?


JA: Sraki. Jak można pytać o to, co jest powtarzane non stop w tekście. Nie będę odpowiadał na tak głupie pytania, świadczące o tym, że zdolności albo chęci do zrozumienia wynoszą zero.


75.
DYSKUTANT: Najpierw Waść piszesz, że ludzie to ciemna, podatna na manipulację, sformatowana kulturowo masa (ekstrapoluję to co wyczytałem do tego momentu), a teraz nagle uważasz, że ludzie ci postąpią wyłacznie rozsądnie. I np. - nawet bez socjalu - będą przeglądać u siebie na laptopie w Zambii oferty pracy w Europie i jechać na gotowe? Bo mnie się wydaje, że mając w perspektywie życie za 2 dolce miesięcznie to masa z nich wsiądze w ponton na pałę licząc, że "jakoś to będzie". I co z nimi Waść wówczas zrobi? Co powie córkom i żonom gwałconym i bitym wobec różnic kulturowych, bo "u nich to normalne"? Zostanie zrobić już chyba tylko to co Angela: posłuchać rady Kopacz - uciec do domu i zamknąć za sobą drzwi.


JA: Ale populizm, minister propagandy jak się patrzy, ręce opadają. Jak zwykle, pomieszanie z poplątaniem, dzisiejsze realia włożone do innej teorii, gdzie by ich nie było… Panie, żadna banda idiotów nie jeździ tam, gdzie nie ma socjalizmu i kary są sprawiedliwe. Ludzie są głupi i podatni na głupie ideologie, ale nie jadą sobie gdziekolwiek i niewiadomo po co, tylko tam, gdzie mają jakieś określone korzyści. W królestwie cebuli nie ma wysokiego socjału ani arcy głupiego prawa karnego, więc „uchodźcy” z syrii w ogóle tu nie przyjeżdżają. Szok! Odkrycie ameryki. Do Emiratów też nie przyjeżdżają. WNIOSEK: Nie, ludzie z biednych miejsc nie jeżdżą gdzie popadnie. Dalej… W rzeczywistości kosmopolitańskiej wg mojej koncepcji, warunki prawne w swoich miejscach urodzenia mieliby identyczne, więc wszystkie miejsca zacofane, bardzo szybko zbliżyłyby się do czołówki, a gospodarka (uwaga, trudne słowo) obiektywizowałaby się. Jakieś durne emocjonalne tekściki niezwiązane z tym, co promuję, może Pan sobie w buty wsadzić, żeby być wyższym.


76.
DYSKUTANT: Insza rzecz: dzieci tych przybyłych do Europy imigrantów chcą wprowadzenia w Europie prawa szariatu. Ten problem jakoś sam się rozwiązywać nie chce. Widać, potrzebny jest dodatkowy czynnik, który pokaże "gościom", że my tu robimy rzeczy po naszemu i mogą z nami przebywać tak długo jak przestrzegają naszych zasad. A nawet tego obecnie nie ma.


JA: PANIEEEEE!!! To nie jest kółko wzdychania nad problemami socjalistycznej Europy, tylko dyskusja nad moją koncepcją kosmopolityzmu, z którą durne problemy obecnej Europy nie mają grama związku. Nie ma żadnego naszego/waszego i guzik mnie obchodzi, co jakieś zbaraniali fanatycy chcą. Byłoby prawo uniwersalne, które gwarantuje każdemu godne życie. Nie byłoby nasze ani wasze, tylko ogólne; uniwersalne. W rzeczywistości kosmopolitańskiej byłby zakaz publicznego promowania takich ideologii, więc każdy taki geniusz miałby sprawę w sądzie za obrazę.


77.
DYSKUTANT: Jednakże bez tego islam będzie dla nas zagrożeniem o tyle, że w doktrynie ma podbój i opanowanie świata, i posunie się tak daleko jak tylko mu się pozwoli.


JA: To dokładnie jak pańska doktryna nacjonalistyczna. Dlatego właśnie królować muszą obiektywne, uniwersalne twory prawne, które nie biorą pod uwagę tego, kto skąd pochodzi, tylko działają sprawiedliwie w każdych warunkach i w stosunku do każdego. Dokąd tak się nie stanie i będzie dominować mentalność nacjonalistyczno-imperialistyczna, wiecznie ktoś będzie się bał, bo a to ilość islamistów się zwiększa, a to ludzi z Chin, a to takich, a to siakich, a każdy boi się pozostałych, bo przecież na pewno zechcą coś komuś narzucać, jak tylko będą mogli… TO, kto skąd jest nie powinno mieć żadnego znaczenia. To jest celem, a nie makro hedonizm, bo makro hedonizm tu, tworzy makro hedonizm tam – i w ten sposób pleni się jak zaraza. Tylko masowy wzrost świadomości i tendencji zbliżonych do mojej koncepcji kosmopolityzmu może dać światu jakiś cywilizowany ład.


78.
DYSKUTANT: "Z punktu widzenia pokoju na świcie, zagrożeniem są tylko i wyłącznie Chiny"
No nie bardzo. Polecam posłuchać Jacka Bartosiaka, bo w klarowny sposób tłumaczy jak na sprawy geopolityki patrzą ludzie mający na nią rzeczywisty wpływ. Kwestia pokoju na świecie rozstrzygnie się w oparciu o to, czy USA zrzeknie się pokojowo pozycji hegemona, czy nie? Raczej nie, biorąc pod uwagę jak się zabierają do tej konfrontacji.


JA: W USA jest 300 mln ludzi, a w Chinach 1,5 miliarda. Tyle na temat hegemona. Jeśli cokolwiek miałoby być konkurencją w obecnej polityce dla Chin, to cały post „zachodni” światek musiałby mieć jednoznacznego przywódcę. Niestety właśnie przez ciągły prym i tolerowanie podejścia pro-autonomicznego, prędzej czy później szykuje się zupełnie zbędna wojna totalna. Tak jakby nie można było po prostu wprowadzić sprawiedliwych zasad podziału dóbr. Dla niekumanych: globalnego kapitalizmu, a władze publiczne pozbawić zarządzania migracją, pozbawić zajmowania się gospodarką, skonstruować obiektywne podstawy prawne i zdecentralizować ośrodki topowych jednostek zarządczych do wielkości około 500 tys. ludzi.


79.
DYSKUTANT: "i jeśli nagle urodzi się tam jakiś „Hitler”, to zrobi z ich umysłami wszystko".
Waszmość jest po orientalistyce, czy innych pogłębionych studiach w tym temacie, że wygłasza tak kategoryczne sądy o - bądź co bądź - zupełnie różnej od naszej kulturze?


JA: Miejsce i kultura nie ma najmniejszego znaczenia. Psychika ludzka działa identycznie wszędzie. Inne są tylko sposoby i podstawy dotarcia do niej.


80.
DYSKUTANT: A nie są? Nie wiem jaka jest polityka paszportowa Chin, ale czytałem, że sporo Chińczyków już po świecie w turystykę jeździ, a robią też sporo interesów w Afryce ostatnimi czasy.


JA: Polityka paszportowa, a całkowicie swobodne poruszanie się, tak jak pomiędzy województwami, mając pewność, że obowiązuje takie samo prawo, to dwie zupełnie inne kwestie. Podróżowanie po całym świecie powinno być właśnie takie, jakie jest pomiędzy województwami. Nawet to, co gwarantuje Schengen to znacznie za mało i stwarza barierę; ogranicza wolność.


81.
DYSKUTANT: "Nikt nie widzi w mieszkańcu Luizjany „luizjańczyka”,"
Czyżby? Bo ja nawet z pozycji laika wiem, że funkcjonują stereotypy co do np. Teksańczyków. A to pozwala mi podejrzewać, że więcej stanów ma swoją specyfikę pozwalającą na wyodrębnienie podobnych konstruktów w języku potocznym.


JA: Ale nie polegają one na samym podziale, bo nie jest on nijak zabetonowany, ale na geograficznych przyczynach różnic – pewnie w teksasie jest dużo samotnych kowbojów na pustyni. Są też lekkie różnice w fundamentalnych sprawach, które determinują sztuczne różnice. Np. w teksasie jest bardzo luźne prawo na temat broni, przez co osiedla się tam więcej samców alfa, itp., a to już jest zróżnicowanie kulturowe spowodowane przez brak dostatecznej uniwersalności prawa w sprawach fundamentalnych.


82.
DYSKUTANT: "W europejskich krajach też raczej nie mówimy na kogoś z innego województwa „świętokrzyskanin”, a nawet jeśli tak, to w konwencji odwołującej się do nietypowego środowiska,"
No nie. A Poznaniaki-centusie (czy też "pyry")? Zrobienie czegoś "krakowskim targiem"? "Warszawski cwaniak"?


JA: Nie pisałem o miastach, ale co ważniejsze, duże miasta zawsze przyciągają określone grupy społeczne: ludzi bardzo nakręconych na pieniądze – i to jest realne oraz naturalne. Z tego wynika, że duże miasta prawie zawsze mają tego typu określenia. Z resztą na odwrót: ludzie z miast o ludziach ze wsi też mają pewne zdanie, z tym że wsie nie są skonkretyzowane, bo są małe i rozproszone.


83.
DYSKUTANT: "Takie neutralne zmagania, bez obsesji na punkcie jednego zawodnika/drużyny, a z nastawieniem na sam wynik sportowy, są dużo ciekawsze i lepiej spełniają idee sportu."
Tutaj brakuje frazy "moim zdaniem". A niby dlaczego takie wartościowanie miałoby być obowiązujące? Dla jednego ciekawe jest to, dla innego tamto. Dla jednego ideą sportu będzie wynik, wspinanie się na wyżyny ludzkich możliwości, dla innego spełnienie idei "ruch to zdrowie" a jeszcze inny najbardziej ukochał emocje - a te pojawią się w sytuacji, gdy człowiekowi zależy, aby ten konkretny człowiek/zespół wygrał. Niby czemu idea Waszmości ma być obowiązująca względem innych?


JA: Może akurat tutaj wyjątkowo brakuje, ale każdy może się domyślić z kontekstu. Nie zmienia to faktu, że niemal wszystko, co jest w artykułach, to efekt analizy, a nie „moje zdanie”. Idei może być wiele, ale żeby były warte poparcia, muszą mieć ręce i nogi. Prywatnie można sobie kibicować zawodnikowi czy drużynie, bo jest miejscowa – bzdur czynionych prywatnie nikomu zabraniać nie mam zamiaru. Ważne jest, aby komentarz puszczany publicznie nie był stronniczy, bo to poniżanie tych pozostałych ludzi ze względu na pochodzenie. Właśnie to było istotne w tym fragmencie w kontekście idei kosmopolitańskiej, więc niepotrzebnie się Pan skupił na tym, co napisałem głównie jako dodatek.


84.
DYSKUTANT: "Sympatie do realnie znanych i miejscowych zawodników są dużo lepsze, niż do sztucznie powiązanych z nami, krajowych"
No to już jest jakieś kuriozum. Jaka niby w pojmowaniu Waszmości jest różnica między człowiekiem, którego nie znam (może widziałem go raz w Tesco), a mieszka się na sąsiedniej ulicy a tym z miasta oddalonego o 400km? To powiązanie jest tak samo sztuczne, jeśli tylko nie ma więzów krwi. Idąc dalej tym tropem to Waszmość życzy zabronić mi się ekscytować zmaganiami blitzballa na galaktycznym turnieju, w którym bierze udział jeden człowiek. No litości...


JA: Nic Panu nie zakazuje. Może Pan się nawet fascynować spuszczaniem wody w toalecie. Napisałem jak krowie na rowie tylko tyle, że lepsze jest fascynowanie się realnie znanymi osobami z okolicy, niż całkowicie sztucznie przydzielonym nam przez historię – krajowymi. Czytanie ze zrozumieniem kłania się po raz enty.


85.
DYSKUTANT: A treść wartości moralnych wynika z przyjętej etyki, a nie jakiegoś tam "człowieczeństwa". Niezwykle łatwo to stwierdzić obserwując jakie na świecie występują normy moralne (co ludzie uznają za dobre/dopuszczalne a co za złe/niedopuszczalne) - na tej bazie rychło idzie się przekonać, że żadne uniwersalne wartości nie istnieją i jest to kwestia wyłącznie uznaniowa. Dlatego tym bardziej warto naszą kulturę, cywilizację i normy zachować, bo inne opcje mogą nam się bardzo nie spodobać...


JA: Popierać jakąś koncepcję etyki, bo jest najwygodniejsza… Gratulacje! Proszę Pana, to, co Pan nazywa wartościami moralnymi, to są normy kulturowe, które są bezwartościowymi moralnie zbiorami przyzwyczajeń, mimowolnie przekazywanych z pokolenia na pokolenie, które mogą się komuś czysto subiektywnie i hedonistycznie podobać lub nie, natomiast nie mają ani związku z tematem, ani z moralnością. To, czy morderstwo, kradzież, aborcja, lichwa czy cokolwiek innego jest złe lub dobre, nie zależy od tego, gdzie kto się urodził, ale jaka jest prawda na ten temat, a to można ustalić za pomocą logiki i ułatwiają to takie konstrukty jak piramida wartości.


86.
DYSKUTANT: "a przynależność kulturową powinniśmy kreować logicznie, a nie emocjonalnie."
Niby dlaczego? Idąc tym tropem przynależność rodzinną też powinniśmy kreować logicznie, a nie emocjonalnie. Bo i czemu nie? Nie da się znaleźć dla takiej postawy uzasadnienia? Wymyślę w 5 sekund.


JA: Ani logicznie, ani emocjonalnie, tylko faktograficznie. A pytanie o to, dlaczego sensowne rozwiązania (w jakiejkolwiek kwestii) znajdować powinniśmy drogą logiczną, a nie emocjonalną, jest tak głupie, że pozwolę sobie nie skomentować.


87.
DYSKUTANT: Hm? Owe "przepychanki" wynikają z tego, że jedni chcą czegoś co mają drudzy. Atomizacja administracyjna niczego tutaj nie zmieni.


JA: No i dlatego trzeba stworzyć rzeczywistość, gdzie jak ktoś czegoś potrzebuje, to może sobie to kupić, o ile go stać i o ile ktoś sprzedaje, a nie mieć jakieś roszczenia oparte o postrzeganie innych ludzi, jako gorszych.


88.
DYSKUTANT: "Szkoda, że większość prawicy żyje w świadomości z początków XX wieku."
I dobrze. Nie wszystko co nowe jest z automatu dobre a nie wszystko co wymyślono kiedyś trzeba odrzucić, dlatego, że jest stare. Gdyby tak było to trzeba by obalić twierdzenia Pitagorasa, Tallesa i jeszcze paru innych.


JA: Odpowiedź na poziomie dziecka z przedszkola. Nigdzie nie pisałem, że wszystko, co jest nowe, jest dobre; to, że pewne kwestie są niezmienne, nie znaczy, że zatrzymanie się w postrzeganiu rzeczywistości sprzed 200 lat wstecz jest jakkolwiek mądre. Jest po prostu dziecinne.


89.
DYSKUTANT: Waszmość zdaje się troskać o kultury, rzekomo represjonowane w państwach narodowych. Jednocześnie zdaje się nie zauważać, że - za wyjątkiem pewnej grupy osób zupełnie się odeń odżegnujących - patriotyzm jest tej kultury częścią. Tedy waść uzurpuje sobie prawo do decydowania jakie aspekty kultury są dobre, a jakie złe. Przyznam, sążnista kompetencja - tym bardziej w ustach osoby, która zwykła wyrażać się nie zaznaczając, iż wyraża własne zdanie, ale w tonie tego co "trzeba" i "zrobić należy". Zupełnie (zapewne dla wygody) pomijając, że skoro przedstawia idee nowe, to absolutnie nie sposób przewidzieć (a już na pewno nie wszystkich) konsekwencji ich wprowadzenia. Ergo: nie da się stwierdzić, że proponowana zmiana będzie na lepsze. Komunizm też w teorii brzmiał pięknie. Każdemu wg potrzeb! Równość! Braterstwo! Tylko, że gdy przyszło do praktyki to okazało się, że generuje on więcej szkody jak pożytku. A zatem zalecałbym więcej pokory, bo naprawdę nie trzeba wielkiej wyobraźni, by wymyślić co może pójść nie tak.


JA: Proszę Pana, śmieję się z tej „polemiki” już niemal w głos, ale serio, czemu ma służyć ta propaganda o komunizmie do osoby, która przedstawia koncepcje na realną możliwość wprowadzenia globalnego wolnego rynku? Jak można pisać takie bzdury?! Pan nawet nie potrafi poprawnie porównywać płaszczyzn. Komunizm, ideologię gospodarczo społeczną porównuje do ideologii na temat podziałów politycznych i stosunku do przynależności. To jak zastanawiać się, co jest lepsze, samochód czy pralka. Komunizm składa się z gospodarki socjalistycznej w 100%, z czego wynika, że władza steruje niemal całym życiem prywatnym ludzi. Moja koncepcja kosmopolityzmu odnosi się do tego, aby dalsze globalizowanie się świata nie miało charakteru siłowo-jednolicącego, jak to było dotychczas, ale pokojowo-dobrowolny. Tylko zmiana tej dziczy, która Panu odpowiada, jest szansą nie tylko na zaistnienie wolnego rynku, ale także na uniknięcie wojny totalnej.


90.
DYSKUTANT: Waść po wielokroć podkreśla "sztuczność" krajów, zupełnie (znów: pewnie dla wygody) pomijając jak sztuczne jest to co sam proponuje. Chce wyrwać z ludzkich serc to, z czym się utożsamiają i co jest dla nich ważne dlatego, że postanowił sobie postrzegać to jako źródło zła wszelkiego przy zupełnym ignorowaniu dobrych aspektów zjawiska. Ani to obiektywne, ani sprawiedliwe.


JA: Guzik mnie interesują bzdury z „ludzkich serc”, bo póki co tylko kłopoty przez to są. Co za aksjologia, że co sobie pospólstwo ubzdura, to trzeba chwalić… Bardzo perspektywiczne myślenie, nie ma co… To, co ja proponuję, to system jak system – ani sztuczny, ani nie sztuczny. To jakby powiedzieć, że samochód jest szybki, nie mówiąc, jaki to samochód. Sztuczny lub nie, może być dopiero efekt działania systemu. Efekt działania mojego systemu nie może być sztuczny, bo daje maksimum korzyści i maksimum swobody. To te kultury, które wytworzą się samoczynnie, będą cokolwiek warte, bo utworzą się oddolnie, a nie jako efekt karier i agresji jakichś polityków. Utworzą się z uwagi na różne uwarunkowania geograficzno-geologiczno-klimatyczne.


APEL:
To by było na tyle. Panie Famulski - czekam na odpowiedź, ale sensowną i bez mylenia płaszczyzn. Inaczej mówiąc, musi Pan udowodnić, że obecne podziały są dobre do optymalizacji i racjonalizacji funkcjonowania ludzi na planecie, że są sprawiedliwe, obiektywne, albo z innych przyczyn istotne. Jest to niemożliwe, ale proszę próbować. Oczywiście może Pan też uznać, że obecne podziały są złe, natomiast krytykować moją koncepcję kosmopolityzmu jako niedobrą alternatywę wobec nich. Tak czy owak proszę to robić bez zbędnego dorabiania ideologii do mnie, rzeczowo i w oparciu o logiczne analizy, a nie jakieś odczucia, przeczucia i emocje.
Mateusz Drabik
 
Posty: 13
Dołączył(a): 26 lut 2015, o 22:49

Powrót do FORUM TOWARZYSKIE - wątki na dowolne tematy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron